Ryszard Sobol, '50

 
 
 
Ryszard Sobol
 
28.03.1924 - 15.11.2002
 
 
 
 
 
 



Przebieg pracy zawodowej   ¤    Powrót do innowacyjności   ¤    Poza systemem



PRZEBIEG PRACY ZAWODOWEJ

06.1940 – 10.1940

Radzieckie Koleje żelazne - rachmistrz

10.1940 – 06.1941

Szkoła włókiennicza - bibliotekarz

03.1942 – 07.1944

Koleje żelazne (niemieckie) - kreślarz

07.1944 – 11.1944

Koleje żelazne (radzieckie) - technik

11.1944 – 10.1945

Wojsko Polskie – podchorąży oficer

02.1947 – 06.1947

Szkoła Inżynierska (Wawelberga) – mł. asystent

10.1947 – 03.1950

Szkoła Inżynierska (Wawelberga) – asystent

03.1950 – 06.1950

Szkoła Teletechniczna - wykladowca

05.1950 – 01.1952

CBKM – kierownik pracowni

01.1952 – 06.1959

Instytut Łączności – kierownik pracowni

06.1959 – 04.1962

ZBiST – kierownik laboratorium

04.1962 – 12.1972

ZBiST – starszy konstruktor

04.1962 – 12.1963

Instytut Tele-Radiotechniczny Zakł. Filtrów Radiotechnicznych – adiunkt – kierownik pracowni

01.1964 – 01.1972

Instytut Tele-Radiotechniczny Zakł. Piezoelektroniki – adiunkt – kierownik pracowni

02.1972 – 12.1972

Instytut Tele-Radiotechniczny Zakł. Piezoelektroniki – adiunkt

01.1973 – 08.1984

Instytut Łączności – adiunkt

02.1992 – 12.1992

Instytut Łączności – 0.8 etatu, emeryt

15.07.2003



POWRÓT DO INNOWACYJNOŚCI

Możliwe, że obecnie nie tylko występuje społeczne zapotrzebowanie na przedsiębiorczość i innowacje ale także studenci są przygotowywani do sprostania wyzwaniom jakie stawia współczesny świat. Ale nie można zapominać, że przez kilkadziesiąt lat żyliśmy wszyscy w systemie, dla którego innowacyjność była nieszczęściem.

Innowacja bowiem, to konieczność zmiany planu, reorganizacja przedsiębiorstwa, nagrody i wyróżnienia dla realizatorów, itp. A wszystko to nie z inicjatywy właściwej organizacji czy kolektywu, ale indywidualnego człowieka.

Czasem trzeba było nawet zaangażować siły na skalę całego kraju by ukrócić takie nowatorskie pomysły jak minikomputer, prasa, koparka, ciągnik, przebijak i wiele innych. W tych warunkach wyrastały pokolenia przekonywane o szkodliwości innowacji. Zarazem indywidualni innowatorzy przeżywali swoje "cierpienia wynalazców", zarzekając się za każdym kolejnym razem, że nigdy więcej.

Dlatego nie można się dziwić, że "przedsiębiorczość" i "innowacyjność" to dla sporej grupy studentów pojęcia jakby z innej planety. Jednak by je przybliżyć nie wystarczy zacząć je przypominać i mówić o nich na konferencjach.

Powinno nastąpić przywrócenie zbiorowej pamięci tych, którzy swą niepokorną postawą dawali wyraz przekonaniu, że to człowiek i jego kształtowanie się jest kluczem do postępu.

Przykładem mogą być opowieści z życia pewnego inżyniera 1). Zaskakujące jest to, że robił On rozmaite wynalazki w pewnym sensie na zawołanie, co należy rozumieć dosłownie. Zaczął od tego, że w zakładzie, w którym podjął swą pierwszą pracę założył się z dyrektorem o mieszkanie w zamian za to, że co miesiąc będzie robił wynalazek lub usprawnienie. I wygrał zakład.

Zanim jednak rozpoczął tę pracę, to został przyjęty do pracy w Uczelni (Wawelberga), którą ukończył, a w której już w trakcie studiów pomagał w prowadzeniu laboratorium dla studentów. Jednak po pierwszym wykładzie w nowym roku akademickim Dziekan poprosił Go do siebie i ze łzami w oczach oznajmił Mu, że musi Go zwolnić. Po wielu latach nawet poznał urzędnika, który wydał takie polecenie Dziekanowi w Jego sprawie. To nie było nic osobistego. Takie były czasy.

On to rozumiał bo nie był wrogiem systemu. Miał tylko niewłaściwe przekonania, którym dawał wyraz w działalności społecznej poza uczelnią. Jeszcze wtedy było wolno, zanim zostały rozwiązane wszelkie partie opozycyjne i organizacje nieprawomyślne.

Przed przybyciem do Warszawy trafił wcześniej do szkoły oficerskiej i został najlepszym kadetem. Zanim jednak w dniu promocji położono mu szablę na ramieniu przed frontem absolwentów, dostał rano rozkaz wypucowania i posprzątania ubikacji. Na szczęście na czas się z tym uporał i zdążył na uroczystość. Już wtedy zaczęło się "wyróżnianie" prymusów.

Jako prymus w szkole oficerskiej mógł wybrać miejsce służby. Mógł też poprosić o zwolnienie ze służby. Obie prośby zostały spełnione.

Można więc sądzić, że był ulubieńcem systemu. Nawet więcej. Jako młody chłopak z nadzieją przyjmował nowy system. Zetknął się z nim już w drugiej połowie pamiętnego września. Jedna strona nowej rzeczywistości to kolejki, które pojawiły się już pierwszego dnia, gdy rozpoczęła się nieskoordynowana dystrybucja planowych niedoborów towarów. Druga - pozytywna - strona dotyczyła szkoły.

Będąc w maturalnej klasie miał dwóje z matematyki i fizyki i groziło Mu niezdanie matury. Jednak nauczyciel pocieszał Jego Mamę. Zgodnie z wytycznymi ministerstwa szkolnictwa ocenie podlegał ostateczny wynik rozwiązywanego zadania, a że uczeń nagminnie mylił się w końcowych obliczeniach, musiał za zadania dostawać 2-ki. Jednak zdaniem nauczyciela będzie kiedyś wybitnym człowiekiem, bo jako jedyny w klasie od razu wiedział jak rozwiązać każde - nawet najtrudniejsze - zadanie.

Wraz ze zmianą systemu zmienił się też sposób oceniania uczniów. Zaczęła się liczyć metoda rozwiązywania zadań i wzajemna pomoc uczniowska w zdobywaniu wiedzy. W takim systemie mógł zostać najlepszym uczniem i bez trudu zdać maturę.

Żeby jednak przeżyć w tym nowym systemie trzeba było kombinować. Podejmował się różnych zadań. Podczas jednego z nich występował jako tłumacz z polskiego na nowy lokalny język, którego w ogóle nie znał. Został zdemaskowany i musiał zmykać gdzie pieprz rośnie. Na szczęście nastąpiła kolejna zmiana systemu.

Te fazę historii przeżył przy kolei, unikając w ten sposób wyjazdu na zachód. Prawdopodobnie jako syn wysokiego urzędnika kolejowego mógł liczyć na kolejarską solidarność.

Po skończeniu się wojny i po ukończeniu szkoły oficerskiej przybył do Warszawy by włączyć się do budowy nowej Polski. Wstąpił do Szkoły Wawelberga, gdzie odnosił sukcesy naukowe. Udzielał się również społecznie ale w organizacjach kościelnych, które jeszcze działały. Nie wiedział, że mają nie działać.

Nigdy się z tym nie pogodził, że dobrą ideę socjalną pozbawiono religijnego wsparcia. Tym samym zszedł na boczny tor, na którym pozostał mimo niewyczerpanej energii twórczej możliwej do wykorzystania na niwie zawodowej. Jednak warunkiem jaki Mu postawiono było wstąpienie do właściwej organizacji.

Przemiany polityczne szybko przeniosły się bowiem do przemysłu. Skończyło się funkcjonowanie modelu, wg którego sekretarz firmował a dyrektor spoza organizacji faktycznie kierował. Coraz więcej było wykształconych członków organizacji i mogli obejmować kierownicze stanowiska. W całym kraju zmieniali się dyrektorzy na bardziej “po linii”. Poza tym kłopotliwe stawały się same wynalazki .

Nie będąc na kierowniczym stanowisku nadal jednak robił wynalazki. Sprawiały one ciągły kłopot, bo żeby utrącić wynalazek trzeba Go było zwalniać z pracy, przenosić do innych komórek organizacyjnych, itp. On zaś ciągle coś wynajdywał mimo, że musiał zmieniać obszary zainteresowań na czasem odległe od jego specjalności ze studiów.

W kolejnych zakładach pracy zaczęto się nawet obawiać Jego inwencji. W jednym np. gdy do firmy zakupiono pewien nowoczesny przyrząd pomiarowy, to dyrektor zakazał mu zbliżać się do tego przyrządu. Jednak podczas nieobecności dyrektora, zastępca pozwolił mu na chwilę uruchomić ten przyrząd. W efekcie powstał kolejny wynalazek. Tym razem tylko sposób był wyjątkowy, gdyż zazwyczaj postępował bardzo metodycznie.

Był tak zdenerwowany, żeby nie wyszło na jaw, że złamał zakaz dyrektora, że pomylił kable podłączeniowe do przyrządu. W efekcie na ekranie ukazała się gładka charakterystyka, którą dotąd uzyskiwano drogą precyzyjnego szlifowania kryształów. Gdy potem zastanawiał się nad tym jak to mogło się stać, opracował metodę wykonywania filtrów radiowych, nie wymagającą precyzyjnego szlifowania. Nowe filtry były nie tylko dokładniejsze ale też całkowicie odporne na wstrząsy i uderzenia. Miały tylko jedną wadę - gdyby je produkowano, to nie byłby potrzebny import zza oceanu znacznie droższych i nietrwałych filtrów. To nie było do zaakceptowania i przeprowadzono odpowiednią reorganizację, żeby wynalazek nie był wdrożony do produkcji.

Podobnie było z hodowaniem kryształów germanu gdy rozpoczęła się era tranzystorów. Po wielu bezowocnych próbach zdecydowano się importować kryształy. Wtedy sam się zgłosił by pozwolono mu spróbować, choć nie znał się na tej dziedzinie. Po zapoznaniu się z literaturą przedmiotu uruchomił hodowlę. Na kolejnym zebraniu przedstawił dorodny kryształ otrzymany za pierwszym razem. Żeby podtrzymać decyzję o imporcie zreorganizowano zakład tak by nie miał wpływu na to skąd się bierze kryształy.

Mimo takich niepowodzeń był znany jako wynalazca nawet za granicą. Jego nazwisko możnaby zapewne odszukać na liście nagród państwowych wschodniego sąsiada. Znalazł się tam oczywiście z powodu kolejnego wynalazku. W tamtym czasie nadzorował ściśle tajną produkcję urządzeń na licencji radzieckiej. Okresowo przyjeżdżał z centrali inspektor. Któregoś razu zapytał go o coś co dotyczyło produkowanego urządzenia. Wtedy inspektor odpowiedział, że nie bardzo na tym się zna, bo w centrali pracują nad urządzeniem o jeden wymiar większy (wielościan 17-to boczny zamiast 16). I odjechał.

To było inspiracją do rozważań w jaki sposób można obliczyć parametry tego nowego urządzenia. I wymyślił sposób bardzo prosty.

Następnym razem to On pojechał do centrali na konsultacje. Tam zaczął się pytać o to jak projektowano to nowe urządzenie. Dowiedział się, że za pomocą komputera - które były wówczas nowością - wyznaczano wszystkie możliwe rozwiązania, a następnie spory zespół ludzi przez wiele miesięcy wyszukiwał te właściwe. Ile ich było można sobie wyobrazić wiedząc, że trzeba było dla każdego z 17-tu boków dobrać kąt z następnym bokiem i kąt padania sygnału.

Wtedy powiedział, że On umie to zrobić w kilka minut na kartce papieru. Na jego prośbę zwołano zebranie, na którym w obecności kilkudziesięciu pracowników instytutu przedstawił swoją metodę.

Po powrocie za jakiś czas znowu przyjechał inspektor z centrali, ale inny. Gdy zapytał o tego poprzedniego, to dowiedział się, że tamten już nie pracuje w instytucie i nawet nie mieszka w tym mieście tylko gdzieś na dalekim wschodzie. Takie były zwyczaje.

Życie toczyło się dalej i po roku od prezentacji w centrali, przeprowadzano kolejną reorganizację, aby można było zwolnić Go z pracy za jakiś tam wynalazek. Niespodziewanie przyszło zaproszenie z ambasady by wręczyć Mu nagrodę państwową drugiego stopnia za metodę projektowania urządzeń zaprezentowaną na naradzie w centrali.

Jego wynalazki dotyczyły rozmaitych dziedzin. Zaczął od układów elektrycznych, które były przedmiotem jego studiów. Potem były urządzenia radiowe, piezzoelektryki, kryształy półprzewodnikowe, linie opóźniające, itd.

Nowych dziedzin uczył się wtedy gdy pojawiał się problem. Czytał literaturę i dawał rozwiązanie. Żadne hokus-pokus. Normalna działalność naukowa.

Różni ludzie z tego doraźnie korzystali, publikując artykuły z wykorzystaniem rozwiązanych problemów. Gdy założył zeszyt by zwracający się z pytaniami potwierdzali uzyskanie rozwiązania, przestano zwracać się z pytaniami. A w strukturze organizacyjnej zakładu miał takie stanowisko by nie mógł do niczego się wtrącać.

Mimo to był znany odpowiednim służbom. Był jedynym pracownikiem w swoim zakładzie pracy, który nie mógł wyjechać za granicę, nawet do NRD na dowód osobisty. Gdy w czasie stanu wojennego - już na emeryturze - otrzymał z zagranicy zapytanie dotyczące jego referatu wygłoszonego na kongresie matematycznym, to nie zgodzono się nawet by odpowiedział na ten list.

Tam gdzie trafiał na mądrych ludzi tam doceniano Jego niezmordowaną inwencję twórczą i to, że nie istniały dla Niego problemy niemożliwe do rozwiązania. Ostatnie lata przed emeryturą z zapałem poznawał minikomputery i metody komputerowego wspomagania projektowania. Wtedy nawet na emeryturze korzystano z Jego unikalnych umiejętności.

Cała historia wygląda tak jakby się nie wydarzyła. Urządzenie dla sąsiedniego państwa było super tajne, po wynalazkach nie ma śladu, w literaturze nie ma Jego nazwiska. Wprawdzie człowiek był ale można przyjąć, że to były jego urojenia. Bardziej prawdopodobne jest bowiem to, że nie jest możliwe robienie w Polsce wynalazków, bo to jest zgodne z tym co obserwujemy na co dzień.

Powyższa opowieść nie ma też na celu weryfikowanie tych osiągnięć. Ma tylko pokazać, że kluczową rolę dla odkrywania czegokolwiek, odgrywa uwolnienie wyobraźni od przekonania, że jak ktoś czegoś nie zrobił to jest to niemożliwe. Jeśli zakłada się a’priori, że coś jest niemożliwe, to wtedy faktycznie nie jest to możliwe. Choć nie można wykluczyć, że coś stanie się możliwe przez przypadek.

Tę zdolność człowiek musi wytworzyć w sobie sam, wiedząc na początek, że jest to możliwe, przystępując do dzieła jak najwcześniej. Jest jednak skutecznie utrudnione w środowisku nieprzystosowanym do przyjmowania darów jakimi człowiek może i chce wzbogacać świat.

_________________________________________________________
1) Ryszard Sobol (1924 - 2002)

6.12.2002



Zanim powstaną inne opowieści ludzi, którzy znali Pana Ryszarda, warto przytoczyć kilka wspomnień jednego z Jego współpracowników, które usłyszałem w czasie spotkania wspominkowego.

Chodziło o projektowanie nowych urządzeń, czego nie robiono w całym RWPG. Akurat wyszła na Zachodzie książka na ten temat. Dwóch pracowników Pana Ryszarda namówiło bibliotekarkę w British Institut by wypożyczała im tę książkę na soboty i niedziele. Siadali po obu stronach rozłożonej książki i jeden przepisywał lewą stronicę a drugi prawą. Jeden z nich pisał tak jak widział bo nie znał angielskiego. W ten sposób powstała kopia książki, na podstawie której Pan Ryszard - który też nie znał angielskiego - stał się specjalistą od projektowania tych urządzeń.

Przykład ten pokazuje jaka atmosfera panowała w zespole Pana Ryszarda. Zespół ten był znany także poza zakładem pracy. W wolnych chwilach po pracy, a czasem w trakcie pracy, wszyscy namiętnie chodzili do kina na wszystkie ambitne filmy, po czym toczyli dyskusje nad ich treścią i znaczeniem. Nie opuszczali także spotkań dyskusyjnych w kinach, prezentując tam swoje interpretacje. Czasem zawodowi prelegenci musieli ustępować im pola.

Ta atmosfera nieformalnej wspólnoty przynosiła też efekty w pracy. W tamtych czasach elementem projektowania pewnego układu elektrycznego było wykonanie pracochłonnych obliczeń na elektro-mechanicznym kalkulatorze. Gdy przychodził ten etap, jeden z pracowników zasiadał za tą maszyną i w ciągu 2 tygodni przez 8 godzin dziennie, produkował stertę papierów. W tym czasie inni pracownicy czekając na wynik wykonywali inne czynności.

Gdy wykonywano tą metodą kolejny projekt, akurat panowały upały i koledzy ze współczuciem przyglądali się mozolnej pracy rachmistrza. Jeden z nich zapytał Pana Ryszarda, czy mógłby jakoś pomóc koledze. "Chyba, że to dla Pan jest za trudne" - zakończył. Taki doping zadziałał. Na drugi dzień Pan Ryszard sam zasiadł za maszyną. Coś policzył, pozapisywał. Wreszcie skończył i kazał przerwać obliczenia i rozpocząć je wg nowej metody. Mimo protestów liczącego, który był już blisko końca obliczeń, rozpoczął pracę od nowa. Teraz zajmowały one połowę tego czasu co poprzednio.

Dziś tego typu prace wykonują komputery. Jednak opracowanie dobrej metody numerycznej nadal jest w cenie. Nie widząc jednak zmęczonego pracownika przyjmuje się bez dyskusji metody zapisane w kupowanych programach.

Dużą rolę w życiu Pana Ryszarda odegrała umiejętność poznawania nowych dziedzin wiedzy i znajdywania w ich ramach twórczych rozwiązań. W przedziwny sposób ujawniło się to już w czasie studiów. Jeden z egzaminów zdał w ten sposób, że przedstawił swoje rozważania nad rozwiązaniem problemu, o którym wykładowca wspomniał na początku wykładów. Ponieważ nie było dla niego rozwiązania, to nie był on tematem wykładów. Na innym przedmiocie - z którego wykłady odbywały się z samego rana - zauważył, że rozumie treść notatek, które musiał uzupełniać gdyż często zasypiał ze zmęczenia. Zastosował więc oryginalną metodę uczenia się. Przed zajęciami szedł późno spać by po przybyciu na wykład zasnąć w ostatnim rzędzie. Na koniec semestru wziął najlepsze notatki z tego przedmiotu i uzupełnił je o brakujące fragmenty i wyjaśnił niejasności. Następnie poszedł jako pierwszy na egzamin i zdał na piątkę. Potem na podstawie tych poprawionych notatek zdawała egzaminy cała grupa.

Inna sprawa to sposób prowadzenia wykładów. Swoje zdolności dydaktyczne poznał pracując jako nauczyciel w technikum. Uczniowie przychodzili na zajęcia po pracy, przez co byli zmęczeni. Zajęcia odbywały się w hali fabrycznej, w której w dzień coś produkowano. Dostał klasę maturalną, którą dyrekcja skreśliła już na straty, gdyż uczniowie niewiele co umieli. Na początek przeprowadził sprawdzian by dowiedzieć się co właściwie umieli. Okazało się, że proporcja stanowiła już problem. Dlatego połączył matematykę, fizykę i elektrotechnikę w jeden przedmiot. W czasie zajęć zagadnienia matematyczne przedstawiał od razu w zastosowaniach w fizyce lub elektrotechnice. Na przemian przedstawiał wiążące się zagadnienia z poszczególnych przedmiotów, tak by nie dopuścić do znużenia uczniów. W efekcie wszyscy zdali maturę a wielu pokończyło studia.

Ponieważ nie mógł wykorzystywać swych umiejętności na uczelni, to wykłady miał sporadycznie. Zauważył, że poza tematem nie mógł wcześniej powiedzieć co będzie mówił w czasie wykladu. To zaś co mówił często dla niego samego było ciekawe. Można to traktować jako pełną improwizację na zadany temat, ze znaczącym udziałem słuchaczy. Od ich reakcji bowiem zależało co usłyszeli.

24.08.2003



sztuczny kryształ górski"Kryształ"

Zdjęcie przedstawia przechowany do naszych czasów ostatni sztuczny kryształ górski, wyhodowany "nielegalnie" już po zlikwidowaniu pracowni. W 8 lat później zakupiono w USA licencję na produkcję kryształów. Ze względu jednak na uwarunkowania polityczne wolno było wytwarzać kryształy o dobroci dwa razy gorszej niż ten na zdjęciu.













POZA SYSTEMEM

refleksja o życiu i pracy Ryszarda Sobola

Wychodząc 15 listopada 2002 r. na chwilę do sklepu, zamknął ostatni rozdział swej księgi ziemskiego życia Ryszard Sobol. Zakończyło się siedemdziesiąt osiem lat prób wychodzenia poza ramy tego, co jest, a co pozornie wydaje się być oczywiste.

Gdy dotarł do klasy maturalnej, która miała się rozpocząć po wakacjach 1939 roku, po raz pierwszy znalazł się poza systemem. Wprowadzony w szkole ministerialny system oceniania nagradzał uczniów wyłącznie za wynik obliczeń. On zaś nagminnie mylił się w końcowych obliczeniach i musiał za zadania dostawać oceny niedostateczne. Jednak zdaniem nauczyciela, który stawiał te oceny, jako jedyny w klasie od razu wiedział jak rozwiązać każde - nawet najtrudniejsze - zadanie.

Jednak zamiast początku roku szkolnego wybuchła wojna, a 17 września został ustanowiony rewolucyjny porządek. Postrzegał go poprzez kolejki, jakie pojawiły się już od pierwszego dnia, gdy rozpoczęła się nieskoordynowana dystrybucja planowych niedoborów towarów. Jednak wraz z tą zmianą systemu zmienił się też sposób oceniania uczniów. Liczyła się metoda rozwiązywania zadań i wzajemna pomoc uczniowska w zdobywaniu wiedzy. W takim systemie mógł zostać najlepszym uczniem i bez trudu zdać maturę.

Po kilkuletniej przerwie nowy system rozgościł się w kraju na dobre. Miał on jednak inne niedogodności. Gdy w szkole oficerskiej został prymusem, to zanim przyjął promocję przed szeregiem absolwentów, musiał czyścić toalety, podczas gdy inni juz czekali na placu apelowym.

Po ukończeniu szkoły oficerskiej przybył do Warszawy by włączyć się do budowy nowej Polski. Wstąpił do Szkoły Technicznej Wawelberga, gdzie odnosił sukcesy naukowe. Wydawało się, że zostanie naukowcem. Jednak po pierwszym wykładzie w nowym roku akademickim Dziekan ze łzami w oczach musiał Go zwolnić. Po wielu latach poznał urzędnika, który wydał takie polecenie Dziekanowi. Planując budowę nowego systemu tolerowano naukowców przedwojennych, ale nie potrzebowano młodych, którzy podzielali ich poglądy na świat.

Udzielał się bowiem społecznie w organizacjach katolickich, które jeszcze działały. Nigdy się nie pogodził, że dobrą jego zdaniem ideę socjalną pozbawiono religijnego wsparcia. To spowodowało, że na resztę życia został usunięty poza główny nurt nauki i przemysłu. Mimo niewyczerpanej energii twórczej, możliwej do wykorzystania na niwie zawodowej, pozostawał poza systemem. Mógł co najwyżej kierować zespołami realizującymi innowacyjne projekty techniczne.

Zaczął od wygranego zakładu z dyrektorem przedsiębiorstwa, w którym podjął pracę, że co miesiąc będzie robił wynalazek lub usprawnienie. W ten sposób zyskał przydział na mieszkanie w stolicy. Potem już ciągle coś wynajdywał mimo, że musiał zmieniać obszary zainteresowań na czasem odległe od jego specjalności ze studiów.

Najpierw były to układy elektryczne, które były przedmiotem jego studiów. Potem były urządzenia radiowe, piezoelektryki, kryształy półprzewodnikowe, linie opóźniające, itd. Nowych dziedzin uczył się wtedy gdy pojawiał się problem. Czytał literaturę i podawał rozwiązanie problemu.

Gdy w kolejnym zakładzie postanowiono projektować nowe urządzenia, jakich nie robiono w całym RWPG, to współpracownicy przepisali książkę, która akurat wyszła na Zachodzie na ten temat. Ucząc się z niej nowej dziedziny stał się jedynym specjalistą od projektowania tych urządzeń.

Gdy kierował ściśle tajną produkcją urządzeń na licencji radzieckiej, w centrali pracowali już nad urządzeniem o jeden wymiar większym. Urządzenia te projektowano z użyciem komputera, które były wówczas nowością. Wyznaczano wszystkie dopuszczalne rozwiązania, a następnie spory zespół ludzi przez wiele miesięcy wyszukiwał te najlepsze. To wystarczyło jako inspiracja do wymyślenia prostego sposobu obliczania parametrów tego nowego urządzenia. Na jego prośbę zwołano zebranie, na którym w obecności kilkudziesięciu pracowników instytutu przedstawił swoją metodę wyliczenia parametrów urządzenia w kilka minut na kartce papieru. Po roku wręczono Mu w ambasadzie nagrodę państwową drugiego stopnia.

Z reguły jednak prace nad wynalazkami przerywano i przenoszono Autora do innej jednostki organizacyjnej. Gdy w jednym z zakładów zakupiono pewien nowoczesny przyrząd pomiarowy, zakazano mu zbliżać się do tego przyrządu, gdyż Jego wynalazki stały się już kłopotliwe. Dopiero podczas nieobecności dyrektora, na chwilę uruchomił ten przyrząd i w efekcie powstał kolejny wynalazek.

Jednak zadanie, z jakim zmierzał się prawie całe swoje zawodowe życie przekroczyło nawet Jego wprost nieograniczone możliwości intelektualne. Postawione zostało przez Leibniz’a gdy ten zetknął się zapisami Yin-Yang. Bazując na sposobie wykorzystania patyczków przez filozofów chińskich wyobraził sobie, że korzystając z zapisu zero-jedynkowego i wykorzystując maszyny, można będzie w przyszłości rozwiązywać problemy filozoficzne metodą obliczeniową.

Gdy w latach 50-tych zaczynała się era komputerowa, to wykonujące bezbłędnie operacje logiczne i arytmetyczne komputery zdawały się być zwiastunami tych wspaniałych maszyn, które będą prowadziły – na bazie obliczeń – dialogi filozoficzne z ludźmi. Wówczas marzenie to wydawało się być bliskie spełnienia. Maszyny liczące powszechnie nazywano mózgami elektronowymi, a przekonanie, że to mózg myśli było prawie powszechne.

Człowiek swoje rozumowania prowadzi na podstawie kształtowanych mozolnie modeli, w świetle których jedne sprawy wiążą się ze sobą a inne nie. Dlatego byłoby dobrze gdyby funkcje logiczne układały się w jakieś struktury, na podstawie których można byłoby prowadzić rozumowanie. Poszukiwanie takich struktur stało się pasją Ryszarda Sobola wykraczającą poza czas i ramy pracy zawodowej. Po latach przyznał, że był to czynnik pomagający mu radzić sobie z życiowymi trudnościami, które były równie ogromne jak zawodowe osiągnięcia.

W sytuacji ciągłych napięć, niepowodzeń, nieporozumień i sporów, odkrywanie kolejnej struktury matematycznej, która z bezwzględną koniecznością układała się tak, że poszczególnym jej elementom można było przypisać kategorie myślowe, było tym co pozwalało zachować równowagę umysłu i pogodę ducha.

Dzięki temu wieloletniemu wysiłkowi wiadomo, że poczynając od trzech binarnych zmiennych można wytworzyć w sposób łatwy do wytłumaczenia i zrozumienia, wielowymiarową strukturę kategorii, odpowiadających wszystkim kategoriom myślowym. Można jednak co najwyżej uporządkować kategorie już wymyślone, gdyż nie udało się uruchomić matematycznej procedury wyprowadzania jednych kategorii z drugich.

Formalnie na przeszkodzie stoją własności implikacji, która sygnalizuje błąd tylko wtedy gdy z prawdy wynika fałsz, a w pozostałych przypadkach wynikiem jest prawda. Nadal więc spory filozofów pozostaną nierozstrzygalne, a dyskusje pomiędzy nimi będą się toczyć bezowocnie.

Próbując zajmować się pojęciami występującymi w myśleniu trzeba całkowicie oderwać się zarówno od świata stworzonych rzeczy jak i od wszelakich struktur. Zamiast ułatwiać, blokują one uruchomienie tej zdolności, dzięki której człowiek – ukonstytuowany na swej cielesności – realizuje akt genialności i stwarza. Podlega to ogólnemu prawu, które – aby się nim skutecznie posługiwać – trzeba najpierw w sobie samemu stworzyć.

Swą pracą, której codziennością było dokonywanie odkryć z najrozmaitszych dziedzin techniki, Ryszard Sobol upewnił nas w przekonaniu, że nie można wymyślić struktury matematycznej, za pomocą której można byłoby zastąpić ten – niezwykle prosty – akt ludzkiej genialności, dzięki któremu zbiór przesłanek przekształca się w kolejną odkrywczą tezę, kolejną prawdę, którą można użyć w następnych funkcjach logicznych. Bowiem z żadnej funkcji logicznej ani na podstawie żadnych obliczeń nie można wyliczyć tego, co wynika ze zgromadzonych juz przesłanek. Nie można nawet stwierdzić, że zebrano wszystkie wystarczające przesłanki do wyciągnięcia wniosku.

Dochodzenie do granic aktualnego poznania i ich przekraczanie ciągle towarzyszy rozwojowi nauki i techniki. Musi to jednak stawiać twórcę nie tylko poza tworzonym nowym systemem, ale także poza wszelkimi systemami. Ryszard Sobol doświadczył w swym twórczym życiu samotności wobec systemu społecznego niesprzyjającego twórczości. Doświadczył też bezowocności prób podporządkowania twórczości jakimkolwiek systemom kategorii myślowych. Może to być pomocne dla kogoś, kto własną twórczością chce sprostać wymaganiom współczesności.

24.09.2007