Treść:

czasopisma

LOGISTYKA  Nr 4/2006  (Errata)

czasopisma

Logistics Europe  May 2006  (ad "Big Ideas")

czasopisma

Gospodarka Materiałowa i Logistyka   listopad 2005  (ad "Kiedy wymieniać urządzenia ?")

czasopisma

Logistyka.net.pl  czerwiec 2005  ("Obiecanki")

czasopisma

C X O  Nr 5/2005 maj  ("Dziś prawdziwych logistyków jeszcze nie ma")

czasopisma

Logistics Europe  March 2005   ("Concerning RFID")

czasopisma

LOGISTYKA  Nr 2/2005   ("Sprzeciw")

czasopisma

LOGISTYKA  Nr 1/2004   ("W sprawie logistyki")

czasopisma

C X O  Nr 11/2003 grudzień  ("Wiedza i wiedzący")

czasopisma

C X O  Nr 10/2003 listopad  ("Pani prosi Panów")

czasopisma

C X O  bez numeracji (wydany w październiku 2003)   ("Wszystko w normie")

czasopisma

C X O  Nr 7/2003 sierpień  ("Prosto do celu")

czasopisma

Miesięcznik Politechniki Warszawskiej  Nr 8/2003 sierpień  (ad "Oderwani od teorii")

czasopisma

C X O  Nr 5/2003 maj  ("Logistyka i CIO")

czasopisma

C X O  Nr 1/2003 styczeń  ("Współpraca ?")

czasopisma

C X O  Nr 7/2002 październik  ("Procesy")

czasopisma

C X O  Nr 6/2002 wrzesień  ("Logistyka in statu nascendi")

czasopisma

Świat Nauki Nr 9(133) wrzesień 2002 (ad "15 odpowiedzi na nonsensowne tezy kreacjonistow")

czasopisma

C X O  Nr 3/2002 kwiecień  ("Podmiotowość MRP")

czasopisma

Świat Nauki  Nr 4(128) kwiecień 2002  (ad "Probierza bzdur ciąg dalszy")

czasopisma

Miesięcznik Politechniki Warszawskiej  Nr 03/2001  ("Konkurs parkowania")

czasopisma

wcześniejsze listy

  Strona główna



Kolorem niebieskim oznaczono fragmenty listów opublikowane przez adresatów.


ad "Probierza bzdur ciąg dalszy"

Wzorując się na zaleceniu "Lekarzu ulecz się sam" zastosowałem "Probierz" na wytworach Michaela Shermera zamieszczonych w lutowym numerze czasopisma "ŚWIAT NAUKI" [nr 2 (126)]. Ale tylko pięć ostatnich "probierzy" bo pierwsza piątka nie rokuje większych atrakcji, gdyż autor zbyt ostentacyjnie epatuje emocjami w postaci określeń "bzdury", "pseudonauka" by liczyć na coś naukowego. Zaprzeczeniem określenia "naukowy" jest bowiem określenie "nienaukowy". Użycie terminu "pseudonaukowy" jest emocjonalnie zabarwione niechęcią do metod nienaukowych. Czyżby autor zastosował naukę aby np. dobrać sobie partnerkę życiową, by nie mieć przy tej okazji pejoratywnych skojarzeń.

Cóż więc by wyszło gdyby naukowcy zastosowali 6-te kryterium [6] ? Autor zapewne nie przypuszcza, że liczba poprawnie obliczonych pozycji planet na podstawie systemu Ptolemeusza biła na głowę to co można było uzyskać na podstawie systemu Kopernika. Według tego kryterium system Kopernika byłby odrzucony jako pseudonauka, a Kepler mógłby poświęcić życie astrologii.

Nawet olbrzymia liczba faktów interpretowanych jako potwierdzenie danej teorii nic nie znaczy wobec jednego faktu interpretowanego jako zaprzeczenie tej teorii. Niewątpliwym też "faktem empirycznym" jest pogląd danego naukowca na jakąś teorię. Gdyby jednak o jakości teorii naukowej miała świadczyć liczba wyznających ją naukowców, to tylko włos oddzielałby nas od głosowania nad tym co jest prawdziwe.

Zachętą do tego jest 7-me kryterium [7], gdyż spełniając je należałoby wszelkie przejawy geniuszu czy intuicji – jako zasady rozumowania pozostające w skrajnej mniejszości - określić jako pseudonaukę. Gdyby Kolumb posługiwał się "powszechnie przyjętymi zasadami rozumowania" to siedziałby na "starym lądzie" bojąc się spaść z okrąglej Ziemi.

Zapewne też nie byłoby już dziś żadnych problemów, gdyby stosowano kryterium 8-me [8]. To głownie samobójca podaje "własne wyjaśnienie" zjawiska lotu zamiast ograniczyć się wyłącznie do tego by negować "istniejące wyjaśnienia" i nie skakać z wieży Eifla ze skrzydłami z peleryny.

Podając 9-te kryterium [9] autor wprost proponuje zatrzymanie rozwoju nauki, bo nie przyjmuje do wiadomości, że każda nowa teoria wyjaśnia na początku tylko jedno zjawisko, które nie było wyjaśniane przez dotychczasowe teorie. Jeśli odrzucić taką nową teorię jako pseudonaukę, to pozostaną tylko stare teorie (choć nie wiadomo skąd by się wzięły) z mnóstwem zjawisk wyjaśnionych i kilkoma niewyjaśnionymi. Wystarczyłoby wtedy tylko ogłosić pseudonaukowcami tych co próbują się zajmować tymi marginalnymi zjawiskami z ewentualnym skupieniem ich w zamkniętych zakładach psychiatrycznych, jako "szukających dziury w całym".

Do tej metodyki nawiązuje też 10-te kryterium [10], które daje oręż cenzorom by brać pod uwagę "osobiste poglądy i preferencje autora" i na tej podstawie odrzucać artykuł lub książkę w całości. Zdaniem autora dla nauki ważniejsze jest by nie dowiedzieć się, że 2 + 2 = 4, niż gdyby przy okazji przemycone zostały np. polityczne preferencje tego kto to odkrył.

Podsumowując można stwierdzić na 50 % (bo nie znając pozostałych 5-ciu kryteriów), że z tymi kryteriami to zwykły "pic i fotomontaż" albo "bzdura i pseudonauka". Sam autor pośrednio to przyznaje skoro po wyliczeniu kryteriów stwierdza, że nie ma "absolutnie pewnego sposobu wykrywania bzdur". Po co więc tracił czas na formułowanie kryteriów ?

Od razu mógł się odwołać do metody subiektywnego przydzielania teoriom stopnia pewności na bazie rachunku prawdopodobieństwa. Nie zauważa przy tym, że to już jest czysta pseudonauka by używać aparaturę naukową teorii prawdopodobieństwa do zjawisk, które nie podlegają przypadkowi a racjom. Jakie było prawdopodobieństwo tego, że Einstein sformułuje teorię względności ? Oczywiście, że zero zanim sformułował (bo zgodnie z kryterium 7 była niemożliwa), a po sformułowaniu było równe jeden.

Ale arbitralne przydzielanie prawdopodobieństwa słuszności teoriom naukowym to tylko wstęp do ukazania prawdziwych ambicji autora by pozostawić "sobie możliwość zrewidowania oceny" jakiejś teorii "w razie pojawienia się przekonywujących dowodów".

Nie wystarczy, że naukowiec udowodni poprawność teorii. Musi jeszcze przekonać autora, by zrewidował swoje oceny, bo gdy mu się to nie uda to zgodnie z kryterium 10-tym autor może wyeliminować jego pracę już "na etapie recenzowania".

Formalnie szacowne grono osób podanych jako "TŁUMACZE, AUTORZY I KONSULTANCI BIEŻĄCEGO NUMERU" ma prawo zgadzać się na publikowanie powyższych kryteriów w czasopiśmie o nazwie "SWIAT NAUKI" + "SCIENTIFIC AMERICAN", bo i nazwisko autora brzmi z amerykańska i świat nauki obejmuje także tych co udają naukę, bo bez nauki nie mieliby czego udawać.

Jeśli jednak uznaje te kryteria za poprawne to skłania czytelnika by zaoszczędził 8 zł 50 gr i nie zapoznawał się tylko z tymi osiągnięciami nauki, do których recenzenci dali się przekonać. Zbyt często okazywało się, że to co odrzucone stawało się zaczynem prawdziwego rozwoju nauki.

Redakcja powinna ubolewać, gdyby nie została zasypana lawiną listów domagających się sprostowania opublikowanych kryteriów naukowości. Brak takich listów dowodziłby (przekonywująco) tylko tego, że czytelnicy pogodzili się z myślą, że pod berłem nauki plecie się bzdury. Mam jednak nadzieję, że nie jestem osamotniony.

_________________________________________________________
Kryteria wg M. Shemer'a:
[6] "Czy gros faktów empirycznych przemawia za danym wnioskiem, czy też za tezą przeciwną ?"
[7] "Czy autor tezy posługuje się powszechnie przyjętymi zasadami rozumowania i narzędziami badawczymi, czy też zastępuje je innymi, które prowadzą go do pożądanego wniosku ?"
[8] "Czy autor podaje własne wyjaśnienie obserwowanych zjawisk, czy też wyłącznie neguje istniejące wyjaśnienia ?"
[9] "Czy proponowane przez autora nowe wyjaśnienie tłumaczy równie wiele zjawisk, jak teoria już istniejąca ?"
[10] "Czy osobiste poglądy i preferencje autora mają wpływ na jego wnioski, czy też na odwrót ?"


ad "15 odpowiedzi na nonsensowne tezy kreacjonistow"

W trosce o wszechstronną edukację młodego pokolenia Świat Nauki nr 9, 2002 w artykule “15 odpowiedzi na nonsensowne tezy kreacjonistów”, którego autorem jest John Rennie, przybliża czytelnikom reguły wg jakich kształtowane było oficjalne życie społeczne pokolenia ich rodziców. Dla uwypuklenia irracjonalności ówczesnej propagandy politycznej autor pokazuje jej zastosowanie na niwie nauki. Tym bardziej jest to potrzebne, że coraz trudniej trafić w telewizji czy w radiu na przykłady zapamiętanego z minionych czasów języka propagandy politycznej w jej czystej postaci.

Z numeru 9/2002 czytelnik już z tytułu dowiaduje się o “kreacjonistach”, którym udzielono łaskawie odpowiedzi mimo, że ich tezy są nonsensowne. Wiadomo bowiem, że czytelnik nie potrafi sam rozpoznać nonsensu i potrzebuje przewodnika, który poprzez rozumne odpowiedzi wykaże co nie ma sensu. Sprawa jest bardzo poważna gdyż “antyewolucjoniści, chcąc utorować drogę kreacjonizmowi, atakują naukę”. Dla uspokojenia czytelnika, że nauka sobie z nimi poradzi, autor dodaje “ale ich zarzuty są bezpodstawne”.

Jak za dawnych czasów, już na samym wstępie wiadomo o co chodzi. Zarzuty antyewolucjonistów są bezpodstawne, a mimo to ci antyewolucjoniści wykorzystując te zarzuty, postanowili zaatakować naukę, aby utorować drogę kreacjonizmowi. Nie wiadomo tylko dlaczego ktoś miałby atakować naukę aby czemuś utorować drogę, za pomocą czegoś co jest bezpodstawne. Za to wiadomo, że autor wraz z czytelnikami trafia w sam wir istotnych dla nauki wydarzeń.

"Bój to jest nasz ostatni" gdyż po latach zażartych sporów “coraz więcej danych ... potwierdziło ponad wszelką wątpliwość istnienie ewolucji”. Od razu więc widać, że wszelkie zarzuty muszą być bezpodstawne przeciw czemuś co istnieje i jest potwierdzone przez dane. Dla ogłoszenia pełnego zwycięstwa brakuje tylko tego, że “nie przekonano do tej teorii opinii społecznej”.

Widać więc, że ktoś z kimś walczy i chciałby już święcić zwycięstwo na “prawie wszystkich frontach”, lecz zabrakło tylko zwycięstwa na jednym froncie. Tu nadal podstępny wróg święci triumfy i “kreacjonistom wciąż udaje się wmawiać politykom, sędziom i zwykłym ludziom, że ewolucja to mrzonka”. Autor nie podaje jakie to są fronty, na których już zwyciężono i dlaczego dotąd nie przełamano frontu przeciw “opinii społecznej”. Nie wyjaśnia jednak dlaczego atakowano ten front przy użyciu “teorii” zamiast przedstawić opinii publicznej, że sprzeciwia się czemuś co istnieje i jest potwierdzone przez dane. Może to by przełamało ten front i pozwoliło święcić pełne zwycięstwo na wszystkich frontach.

Na razie jednak mimo bliskiego zwycięstwa walka trwa i “będąc pod ostrzałem, nauczyciele i inni zwolennicy teorii ewolucji mogą się czuć osaczeni: coraz trudniej im odpierać ataki kreacjonistów”. Również czytelnik powinien czuć się osaczony tą atmosferą walki i nie powinien przy tym zadawać sobie pytania o to na jakich to frontach walczą naukowcy za publiczne pieniądze obywateli i dlaczego jednym z tych frontów jest opinia publiczna. Może jednym z takich frontów są “recenzowane czasopisma” i dzięki zwycięstwu na tym froncie można użyć przeciwko kreacjonistom argumentu, że w tych czasopismach nie ma artykułów “antyewolucyjnych”.

Żeby wciągnąć czytelnika do walki z opinią publiczną i pomóc mu w tej walce autor przytacza najczęstsze “naukowe” (w oryginale też w apostrofach - przyp. JO) zastrzeżenia przeciwko teorii ewolucji. Nie ma przy tym wątpliwości, że czytelnik zechce być obrońcą tej teorii. Wymaga to wielkiego zaangażowania bo “dla kreacjonizmu nie powinno być miejsca w podręcznikach biologii”. Taki jest cel a środkiem do tego jest min. pokazanie, jak naukowiec powinien odpowiadać na nonsensowne z założenia tezy kreacjonistów, którzy niewątpliwie naukowcami nie są.

Nie chodzi przy tym o to by polemizować z tezami bądź z argumentami. Czytelnik ma wiedzieć jak brzmią nonsensowne tezy i wiedzieć, że naukowcy mają na nie kontrargumenty. Tylko laik mógłby nieopatrznie odnieść wrażenie, że gdyby w przyszłości odkopano na złomowisku np. “Syrenkę” i “Mercedesa”, to mogłoby to posłużyć do wywnioskowania o ewolucyjnym przekształcaniu się “gatunków” samochodów.

Tego jak to będzie przyszłości nie wiemy. Jednak dziś już wiemy jak opłakane były skutki tak prowadzonej propagandy. Choć czytelnik wiedział jakie etykietki miał oficjalnie stosować i jakiej używać retoryki, to z drugiej strony umacniał się w przekonaniu, że to właśnie krytykowane w taki sposób poglądy są właściwe. Nabierał przy tym sympatii do owych “kreacjonistów”, którzy poważali się na zaatakowanie oficjalnych “naukowców”.

W życiu społecznym już można było przekonać się, że “argumenty siły” nie ostają się w końcu wobec “siły argumentów”. Podobnie też zakończy się wprowadzanie na gruncie nauki retoryki walki w miejsce argumentacji. Przeświadczenie o tym mogą wynieść młodzi czytelnicy artykułu nie znający z autopsji tej minionej wydawałoby się retoryki.


"Logistyka in statu nascendi"

Dzięki V-mu Kongresowi Logistyków Polskich dotarł do mnie wrześniowy numer CXO. Z tezami Pana Jacka Samsela [1] w pełni się zgadzam, tym bardziej, że pokazuje logistykę na szerszym tle historycznym. Dlatego do dyskusji na razie się nie włączam, a kwestie "łancuchów dostaw" wyjaśniam przy okazji spotkań prywatnych. Pomysł, że są one "lisie" choć miały być "agile", uważam za świetny, jako podsumowanie koncentracji na procesowym ujęciu logistyki.

Także mam nadzieje, że "publicystyka odegra ważną rolę", gdyż pisma fachowe odrzuciły możliwość jakiejkolwiek dyskusji na temat logistyki, stając się "organami jedynie słusznej" logistyki poszczególnych ośrodków, ukształtowanych tak jak to opisał Pan Samsel.

Ciężko jednak będzie nadrobić stracony czas. Zasady powstającej logistyki, o których wspomina Pan Samsel, powinny być znane Redakcji od początku tego roku, kiedy to przy innej okazji przekazałem adres strony www, na której są one formułowane. Gdyby Redakcja nie czekała aż jakiś autorytet je potwierdzi, to nie byłoby całorocznego wodzenia czytelników po manowcach procesów. Procesowe ujęcie logistyki, jakie zaowocowało "supply chain management" przyniesie podobne owoce na niwie zarządzania.

Na szczęście ratunkiem dla Redakcji jest "aspekt publicystyczny". Dzięki temu mógł pojawić się wywiad z Kevinem Turnerem, który jako "stary" praktyk wyjaśnia o co chodzi z procesami.

_________________________________________________________

[1] Jacek Samsel: "Logistyka in statu nascendi", CXO, nr 6, wrzesień 2002

21.12.2002 (wysłany 2.11.2002)

P.S. Mimo zamieszczonego na końcu artykułu zaproszenia do dyskusji, Redakcja CXO zignorowała mój list w sprawie logistyki. W ten sposób dochodzenie do istoty logistyki dokonało się poza prasą fachową. (12.05.2003)


Procesy

Przeglądanie a nawet czytanie miesięcznika CXO [1] daje wiele przyjemności. Nie jest to jeszcze ta oczekiwana zabawa, gdy można będzie poczytać rady dla spanikowanych menadżerów uwikłanych w procesy. Na razie dokonuje się wyprowadzanie ich w maliny, co nie budzi jak dotąd większych zastrzeżeń.

Niewątpliwie prawdą jest, że "Zaprojektowana przestrzenna mapa procesów pozwala uchwycić wiele zależności i relacji, których identyfikacja poprzez strukturę organizacyjną nie byłaby możliwa" [2]. Celem jest oczywiście kontrola bo "Jeśli kontrola, to tylko poprzez procesy". Tylko nie wiadomo po co i dlaczego jest ta "właściwa kontrola przedsiębiorstwa". Wie to ten, kto jest "interesariuszem dostępu do informacji zapewniającej kontrolę przedsiębiorstwa". Dla innych pozostaje bezdyskusyjny postulat mówiący, że "Definiowanie i rozumienie przedsiębiorstwa poprzez procesy stanowi podstawę do projektowania zasad i dokonywania ocen jego funkcjonowania".

Ładnie brzmi i może nawet kogoś nakłonić do "procesomanii", dzięki czemu obserwowanie przedsiębiorstw, w których zasady są projektowane to będzie "bal nad bale". Dla chętnych są też "klapki na oczy" w postaci zalecenia: "Koncentracja uwagi jest skierowana przede wszystkim na procesy i ciągłe poszukiwanie efektywności". Prawdopodobnie takimi słowy określiłby swoje działanie kot pędzący za własnym ogonem.

Namawianie kogoś do czegoś takiego musi zakończyć się "umyciem rąk" i dlatego "należy podkreślić, iż początkowy krytycyzm klasycznego reengineringu bezpowrotnie minął". Teraz będziemy bawić się z własnej woli już bez doświadczania "pozytywnych wyników orientacji na procesy". Czyżby już jak na dłoni ukazywała się perspektywa manowców ?

Najlepiej zaś bawić się w klubie - nazwanym zdrobniale "klubcio" - w którym obowiązuje "Sześć przykazań etycznego zarządzania danymi" [3]. Dlaczego danymi trzeba zarządzać - jakby nie wystarczało już zwykle przetwarzanie - i co to ma wspólnego z etyką ? Jak dotąd etyka dotyczyła stosunków międzyludzkich, a tu tak wysoką rangę uzyskują dane, choć "nie przejmują się etyką" [4]. Jednak lektura przykazań uspokaja. Dane są nadal danymi, tylko modna jest etyka.

  1. -sze "przykazanie", które przypomina deklarację majątkową głosi, że ponieważ zarządza się majątkiem, wobec tego i danymi przez podobieństwo. Jednak użyte w nim słowo "powinno" podważa sens całości, bo wskazuje na istnienie źródła powinności poza zestawem przykazań.
  2. -gie "przykazanie" przypomina raczej punkt umowy z danymi o pracę, czyich zarządzanie jest przedmiotem odpowiedzialności CIO.
  3. -cie "przykazanie" wygląda na punkt regulaminu straży przemysłowej i to tej z minionego okresu, bo podległą władzom spoza firmy.
  4. -te "przykazanie" odwołuje się do okresu "przełomu" kiedy to w zakładach pracy robiono rzeczy "nieuzasadnione".
  5. -te "przykazanie" umiejscawia CIO jako doradcę technicznego dla tych co naprawdę coś robią.
  6. -te "przykazanie" podnosi rangę CIO z dzielenia się do współdziałania, choć nie wyjaśnia jak można być partnerem kierownictwa. Zarazem przywraca się punkt 1-szy uniwersalnego regulaminu, że to kierownictwo wie lepiej co robić w zakresie zarządzania danymi. Dopóki ten uniwersalny punkt nie zostanie przełamany to o etyce nie ma co mówić.

Klasyczne przykazania z Dekalogu, mówią o sposobie bycia człowiekiem. Na tej podstawie można tworzyć etykę dotyczącą stosunków międzyludzkich w jakimś obszarze działania. Jednak w stosunku do danych może obowiązywać co najwyżej fachowość i sprawność.

Na szczęście można trafić na perełki, typu rozmów z kimś kto - jak np. Kewin Turner z Wal-Mart - zetknął się prawdziwą rzeczywistością i tworzy prawdziwy świat. Nawet po przeczytaniu do końca chciałoby się czytać dalej i pytać o sformułowania, nad którymi prowadzący wywiad przeszedł do porządku dziennego. W każdym razie tam można m.in. dowiedzieć się, że chodzi o "obraz całego systemu z perspektywy procesów biznesowych" [5]. Przynajmniej ktoś jeden wie, że nie o procesy chodzi i dlaczego.

Trzeba mieć nadzieję, że takich spotkań z człowiekiem będzie więcej. Na nic się zdadzą wykręty, że "Chcemy, ale nie umiemy" [6].

_________________________________________________________

[1] CXO, nr 7, październik 2002
[2] Paweł Olsztyński: "Najważniejsze są fakty", str. 28-30
[3] "Sześć przykazań etycznego zarządzania danymi", str. 71

  1. Dane stanowią ważną część majątku firmy i powinno się nimi odpowiednio zarządzać, podobnie jak w przypadku gotówki, obiektów lub innych składników majątku firmy.

  2. CIO jest kustoszem danych firmowych, odpowiedzialnym za ich zarządzanie na każdym etapie od ich wygenerowania aż do odpowiednio przeprowadzonego usunięcia.

  3. CIO odpowiada za kontrolę dostępu do danych i sposobu ich wykorzystania, zgodnie z wymogami władz państwowych i polityką firmy w tym zakresie.

  4. CIO winien zapobiegać nieuzasadnionemu niszczeniu danych.

  5. Do zadań CIO należy dzielenie się wiedzą na tematy techniczne w trakcie prac nad praktyką i polityką w zakresie zarządzania danymi.

  6. CIO powinien współdziałać (na zasadach partnerskich) z pozostałymi członkami kierownictwa firmy przy opracowywaniu i realizacji polityki w zakresie zarządzania danymi.

[4] Scott Berinato: "Ja, CIO, uroczyście przysięgam ...", str.68-71
[5] "Wiarygodność zmienia świat", str. 64-67
[6] Iwona D. Bartczak: "Człowiek - kwestia wstydliwa", str. 3


Współpraca ?

W styczniowym numerze CXO w dziale "Najlepsze praktyki w logistyce" tuż obok artykułu "Współpraca przede wszystkim" [1] umieszczono zawiadomienie o VI-tym Kongresie Logistyków Polskich [2]. Zbieżność zapewne najzupełniej przypadkowa, ale jakże symptomatyczna.

Główna teza artykułu sprowadza się do tego, że w ramach współpracy "dostawca musi sterować zapasami u odbiorców". Dla wątpiących w to, że może to być najlepsza praktyka w logistyce, w treści artykułu podano przykład sukcesu monopolisty. Mając dominującą pozycję na rynku narzucił on swoim odbiorcom wygodny dla siebie rytm zamówień. Po wymuszeniu 10-cio dniowego wyprzedzenia zamówień okazało się nawet, że prognozy odpowiadają realizacji.

W efekcie potulni dystrybutorzy pełnią wobec klientów funkcję informatorów o tym kiedy nadejdzie dostawa wyrobów w kolorach mniej popularnych. W wyniku tego można wypisać dużymi literami "Precyzyjna informacja o tym, jaki towar, kiedy i w jakich ilościach będzie dostępny, służy jako środek integrujący cały łańcuch dostaw, upraszcza i porządkuje logistykę". Można powiedzieć, że logistyka znajduje się na właściwym miejscu w szeregu. Musiała jednak zatoczyć koło by wrócić z parodią znanej zasady, że każdy kolor można wybrać byle był czarny. [3]

Do pełnego sukcesu brakuje tylko by wiedzieć "ile kupują dystrybutorzy, ile sprzedają i ile przechowują". Ale niestety "dystrybutorzy i hurtownicy to firmy niezależne" i co gorsze "handlują także z konkurencją", przez co argumenty dostawcy "nie przemawiają do nich dostatecznie silnie". Czyżby niezbędne było wzmocnienie siły przemawiania ?

Po upewnieniu się, że numer został wydany w roku 2003 i słowo "współpraca" jest pisane bez cudzysłowu, pozostało dojść do wniosku, że chodzi tu zapewne o "najlepsze praktyki" z innej planety, którą jakoby opuściliśmy kilkanaście lat temu. Bez wątpienia był to bowiem przykład budowania "partnerskich związków pomiędzy uczestnikami łańcucha dostaw. Związków nieskażonych indywidualnymi ambicjami, dążeniem do dominacji czy do wygranej cudzym kosztem – związków skoncentrowanych wyłącznie na tym jednym, wspólnym zadaniu". Dla uwznioślenia zabrakło przypomnienia, że tym "wspólnym zadaniem" jest "przyszłe szczęście ludzkości".

Dlatego zawiadomienie o Kongresie, którego hasłem jest "Poza horyzont zdarzeń w logistyce", może być zwiastunem nadziei. Choć zaplątani w "łańcuchy dostaw" i uwikłani w procesy, może nie będziemy musieli wzorem Belmonda [4] założyć sobie wiązki dynamitu na głowę, by rozsupłać natłok uporządkowanych zdarzeń, maszerujących na podbój świata logistyki. Wstrzymajmy się 9 miesięcy, bo już "za horyzontem wszystko stanie się proste", jak obiecuje organizator Kongresu. Warto choćby po to by dowiedzieć się jak przeskoczyć poza ten horyzont.

_________________________________________________________

[1] Góralczyk A.: "Współpraca przede wszystkim", CXO styczeń 1/2003, s.41-42,
[2] VI Kongres Logistyków Polskich, "Poza horyzont zdarzeń w logistyce", 21-22.10.2003,
[3] Ford H.: "Możesz mieć nasz samochód w każdym kolorze, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny", cytat, ok. 1911,
[4] Godard J.L. (reż.): "Szalony Piotruś", 1965.

13.01.2003

P.S. Niestety trzeba będzie poczekać do marca, gdyż wobec zapowiedzianego na 13 listopada bezterminowego strajku PKP, Kongres stał się uboczną ofiarą starcia gigantów. (31.10.03)


Logistyka i CIO

Nic nie mogłoby bardziej ucieszyć zwolennika niepopychania odrzutowca za pomocą smugi kondensacyjnej, jak dowiedzieć się, że niebo zaroi się od obiektów, które nie czekając na popychanie, będą latać o własnych siłach. I to szybciej niż sobie to wyobrażał. Jeszcze logistycy nie przyswoili sobie nowiny, że są od tego by tworzyć logistykę w odpowiedzi na "nicość", a już okazuje się, że w przyszłości wszyscy będą w podobnej sytuacji.

W majowym numerze CXO, Jadwiga Staniszkis [1] przewiduje bowiem, że "Organizacje przyszłości będą systemami wielowymiarowymi, bo każdy uczestnik wchodząc do nich zetknie się z pustą przestrzenią, którą musi dopiero zabudowywać tworząc własną, unikatową ścieżkę rozwiązania problemu postawionego przed nim przez owe organizacje." Wcale to nie oznacza, że wzrośnie konkurencja dla logistyków. Oni – jako prekursorzy polegania na swoim rozeznaniu - będą mogli ubiegać się o możliwość stawiania problemów przed organizacjami, a owe będą je potem stawiać przed każdym.

To jednak oznacza, że nie tylko logistycy stają obecnie wobec nowych wyzwań, które w ich przypadku daleko wykroczyły poza zwykłe zaopatrywanie. Aby sprostać tym wyzwaniom trzeba sięgnąć do samych korzeni kultury, w której się wzrasta. Jeśli czegoś w niej brakuje to wszelkie uzupełnienia trzeba robić na jej bazie. Inaczej powstaje chaos, czyli "najczęściej sytuacja "wstrzelenia" jednej struktury w drugą, zderzenia różnych logik, unieruchomienia samoregulacji, "zbombardowania" sprzężeń i utrata sterowności, mimo że pojedyncze działania są dalej zdeterminowane i racjonalne." [2]

Dotyczy to tak samo skali lokalnej jak i globalnej, w której dokonuje się konfrontacja cywilizacji. W tej konfrontacji "Zachód interesował się zawsze, jak używać wiedzy, natomiast Azja koncentrowała się na tworzeniu form myślenia maksymalnie sprzyjających zrozumieniu, jak wiedza powstaje." Takie generalizujące porównanie nie może jednak być powodem deprecjonowania Zachodu.

Wspomniane formy myślenia prowadziły np. budowniczego "Chińskiego Muru" do takich pomysłów, by wszystkich uczonych żywcem zakopać w ziemi. W efekcie podobnych działań np. nie dziwiono się, że gdy znaleziono w spalonym domu "Księgę przemian", nie było nikogo kto wiedziałby co to jest. Można za to było zaobserwować jak "powstaje wiedza", gdy z niczego - czyli z niezrozumiałych diagramów i opisów - wykoncypowano to, co dziś można pod tym tytułem kupić w księgarni.

Podobne eksperymenty by rozstrzeliwać ludzi za pochodzenie nie powodujące odcisków na rękach, nie przyjęły się w kulturze Zachodu. Co najwyżej za kolor skóry czy narodowość. Ale to nie wiązało się z poszukiwaniem zrozumienia "powstawania wiedzy".

Niech więc nadal pozostanie tak jak było, tzn. "Dotychczasową różnicą pomiędzy cywilizacją Zachodu a cywilizacją Azji było to, że ta pierwsza poszukiwała struktur myślowych i instytucji utrwalających w pewności [...], podczas gdy druga utrwalała w wątpieniu i relatywizowaniu sensów w czasie i przestrzeni." Dzięki temu możemy czasem być czegoś pewni zamiast bazować na "prawdopodobieństwie i względności".

Mimo, że coś "skorodowało zachodnią wiarę w Rozum", to może to być nawet pociechą. Widocznie wiara ta nie była zbyt głęboka i "Święto Rozumu" nie mogło przyjąć się na Zachodzie, skoro ten "interesował się, jak używać wiedzy".

Można zakładać, że "Być może spowoduje to w naszym kręgu cywilizacyjnym nową rewolucję myślową." Jednak związane z tym nadzieje, że "Takie nowe Oświecenie, dostrzegające wielość racjonalności, ontologizujące czas zmusiłoby ludzi do maksymalnego wykorzystania własnego potencjału." mogą być płonne.

To, do czego można ludzi zmusić, mogliśmy doświadczać przez wiele lat, nawet na własnej skórze. Czy warto tęsknić za nowym zmuszaniem ? W naszym – nieco węższym – "krążku cywilizacyjnym" czekamy raczej na jeden fragment tej rewolucji, w którym zostanie doceniona "wielość racjonalności".

Natomiast "ontologizowanie czasu", choć usprawiedliwione określeniem procesu jako "cyklu działań wykonujących pracę nastawioną na okreśłony - wymagający odkrycia - cel", nie uratuje procesu przed znikaniem. Nawet jeśli dzięki temu ma być możliwość "spojrzenia na proces z perspektywy innych założeń i odmiennej czasoprzestrzeni", to może lepiej założyć, że proces jest skutkiem działań i przygotować się na to, że po takiej zmianie będzie to inny proces i inny "ciągle nieznany cel".

Każde zaś spotkanie z drugim człowiekiem może być spotkaniem z inną racjonalnością, z którą można i trzeba konfrontować własną. Gdyby bowiem istniał "obiektywny" pogląd na sprawę, to nie miałoby sensu np. przeprowadzanie wywiadu z Bernardem Veraut, emerytowanym szefem Thomson Polkolor. [3]

Na pytanie Marka Sabeli "co szef firmy tak naprawdę musi", opowiada o czymś co skąd inąd ma również robić logistyk : "Szef buduje mapę odpowiedzialności. Sam się do niej poczuwa, deleguje ją do innych menadżerów, ale nigdy się nie może odżegnywać od ich działań. Jeśli oni ponoszą klęskę, to jest to i jego klęska. Jego to musi do głębi dotyczyć. Widziałem niemało sytuacji, kiedy szef mówił: "ten to wpadł, nie chcę go znać". Uważam takie zachowanie za niedopuszczalne. Trzeba być solidarnym z podwładnymi menadżerami."

Dziś już na szczęście można podjąć dyskusję nad tym, czy racjonalność drugiego człowieka jest tylko "klonem" z "naukowego światopoglądu". Nie ma tylko gdzie. Nie wiadomo też czy nad zagadnieniami poruszanymi w poszczególnych artykułach majowego numeru CXO można na serio dyskutować w elitarnym klubie menadżerów informatyki, o nazwie "klubCIO" [4]. Dyskusji np. nie wywołały opublikowane w  październiku “Sześć przykazań etycznego zarządzania danymi”, przyjęte zapewne do wierzenia.

Przypisując nazwę "CIO" szefom informatyki, odpowiadającym za kluczową często infrastrukturę przedsiębiorstwa, nie można uniknąć – naturalnego dla korzystających z języka polskiego – traktowania tych trzech liter za zdrobnienie. Na skutek tego nazwa "klubCIO" może być traktowana jako specjalne zdrobnienie od słowa "klub" [5]. Trudno też będzie na spotkaniu w Falentach uniknąć pozdrowienia "Cześć, CIO słychać ?"[6]

Można oczywiście zaryzykować i poddać własną godność próbie śmieszności, opierając się na przekonaniu, że polega ona właśnie na tym, że nie ulega nawet śmieszności. Jeśli nawet tylko zwycięzcy tej próby mogą być prawdziwymi CIO [7], a nie dostąpią tej godności "zwykli" szefowie informatyki, to czy gra jest warta tej świeczki, dzięki której "Ludzie czują ulgę, że mogą zatrzymać na nich wzrok" ? [8]

Bycie na świeczniku kusi, ale nie powstanie w ten sposób elita, nawet jeśli będą temu towarzyszyć bezpośrednie transmisje telewizyjne. Bez wątpienia prawdziwi menadżerowie naprawdę są "Mężni i walczący. Budzą szacunek i coś w rodzaju nadziei.". Czy jednak faktycznie "Skupienie na sobie uwagi jest bezcennym zasobem każdego biznesmena.", którym będzie on wspierał "klubCIO" ?

_________________________________________________________

[1] Jadwiga Staniszkis: "Świt nowego Oświecenia", CXO maj 5/2003, s.79-81
[2] Ujawniane afery w niemal wszystkich sferach działania państwowego mogą być tego wyrazem.
[3] "Po pierwsze solidarność i odpowiedzialność", Wywiad Marka Sabeli z Bernardem Veraut, CXO maj 5/2003, s.24-25
[4] czcionka na podobieństwo oryginału,   © CXO
[5] Podobnie kusi, by różniczkę określić jako "wyniczek odejmowanka, "Maraton uśmiechu" w TVN
[6] "CIO w Falentach", CXO maj 5/2003, s.73
[7] "Klub CIO jest miejscem dla elity menedzerów informatyki, sluzy im do zdobywania wiedzy i wymiany doswiadczen, a takze uwiarygadnia w oczach innych menedzerów.", cytat dosłowny ze statutu klubu, Propozycja dla elity, www.cxo.pl/klubCIO/
[8] Iwona D. Bartczak: "Duma i bunt najlepszych", CXO maj 5/2003, s.3

17.05.2003, 30.05.2003, 2.08.2003


ad "Oderwani od teorii"

W dziale „Koła naukowe PW” Miesięcznika Politechniki Warszawskiej - w ramach cyklu charakteryzującego działalność kół naukowych w Politechnice Warszawskiej - ukazał się artykuł [1] na temat Studenckiego Koła Logistyki Stosowanej, działającego na Wydziale Transportu Politechniki. Zamiast jednak o kole naukowym Autor pisze o tym czego „podobno” uczą się studenci na Wydziale Transportu PW. Nie mogąc zdobyć pewnych wiadomości - choćby w Dziekanacie Wydziału - [pominięcie uzgodnione ze mną] Autor zaciągnął języka u członków koła naukowego. Okazało się, że „podobno” wykładana jest tam „wiedza z lat siedemdziesiątych i nowinki techniczne z początku lat dziewięćdziesiątych”. Nowinki z lat późniejszych muszą więc studenci zdobywać we własnym zakresie i w tym celu „systematycznie wyjeżdżają na konferencje i międzynarodowe targi”. Dzięki tym wyjazdom nie tylko „chyba wiedzą, co mówią”, ale też uświadomili sobie, „że to czego się uczą na wydziale pochodzi z lat siedemdziesiątych”.

Lepiej późno niż wcale, choć źle, że nie wiedzą tego na pewno. Gdyby w czasie zajęć zajrzeli do podręcznika to by wiedzieli, że właśnie w latach 70-tych opracowano metody projektowania magazynów i procesów technologicznych w magazynach, które sprawdzają się do dzisiaj. To co się od tego czasu zmieniło to sposoby wykonywania obliczeń i środki techniczne do realizacji projektów, ale metoda pozostała ta sama. W dziesiątkach wdrożonych projektów została ona zweryfikowana przez twórcę metody, który ją od tamtych czasów wykłada. Jego autorstwa jest też nazwa działu logistyki, której poświecili tematykę swego koła naukowego.

Dopóki nie zostaną opracowane lepsze metody, to nie ma powodu zmieniać coś tylko dlatego, że ma kilkadziesiąt lat. Tak jak nikt nie ma zamiaru zmieniać wielowiekowych twierdzeń matematycznych czy praw fizyki. Możnaby to nawet odczuwać jako powód do dumy, że w świecie ciągłych zmian można posługiwać się teorią, która nie wymaga tak częstych modyfikacji.

Z treści artykułu wynika jednak, że członkom koła naukowego imponuje pogoń za nowinkami technologicznymi by „szpanować” przed wykładowcami. Można odnieść wrażenie, że czynią to w oderwaniu nie tylko od teorii ale i od warunków w jakich żyją. Zapomnieli - albo nie wiedzą - czym były lata 70-te. Ówcześni studenci nie mogąc studiować logistyki - gdyż termin ten jako obcy ideowo był objęty zapisem cenzorskim - studiowali organizację i technologię transportu wewnętrznego. Koło naukowe jakie działało w tamtych czasach - choć „obecni członkowie nic więcej na ten temat nie potrafią powiedzieć” - było jedną z nielicznych furtek, dzięki której można było bez większych problemów dostać paszport i wyjechać na międzynarodowe targi logistyczne w Hanowerze. Dziś gdy „tradycją stały się wyjazdy na targi do Monachium i Hanoweru”, warto pamiętać, że tradycja ta sięga właśnie lat 70-tych.

Jest to ważne tym bardziej, że studenci „planują nawiązać jak najwięcej kontaktów z polskimi firmami”. Mogą bowiem spotkać tam na decydenckich stanowiskach absolwentów Wydziału Transportu, nie tylko z lat współczesnych ale i z 70-tych. Ich kariery najlepiej świadczą o tym, że nie nowinki decydują o losach absolwenta.

Powinni też pamiętać, że wyjazd na zagraniczne targi wiązał się nie tylko z reaktywowaniem koła naukowego - gdyż Dziekan zadecydował, że „wyjazd muszą zorganizować pod egidą koła” - ale także z przyjęciem nowej wizji logistyki zaproponowanej im przez ich aktualnego opiekuna naukowego. Podjęli to wyzwanie wiedząc, że nie znajdą wsparcia ani w podręcznikach ani na międzynarodowych targach.

Jednym z owoców zainspirowania się logistycznym widzeniem świata, jest zrealizowana dwukrotnie z niezwykłym rozmachem idea „Forum Młodej Logistyki” (FML I, FML II), której są autorami. Bez trudu znaleźli ludzi praktyki, którzy bezwiednie potwierdzali własnym doświadczeniem przyjętą przez studentów metodę poznawczą. Trudno byłoby spodziewać się bardziej naocznego potwierdzenia związku teorii z praktyką.

Oba te aspekty zawodu inżyniera są kształtowane na Wydziale Transportu, gdzie studenci mogą poznać dobre i nadal aktualne teorie sprzed lat jak również najnowsze koncepcje logistyczne, które jeszcze nie zagościły na kartach podręczników. To dzięki tym zasobom - bo przecież nie na skutek wdzięku osobistego - studenci stają się atrakcyjnymi partnerami organizatorów targów logistycznych, otwierają się przed nimi bramy firm logistycznych i znajdują sponsorów wspierających ich poczynania.

Studentom brakuje często czasu by zrealizować choćby tylko te ważniejsze pomysły na wzbogacanie tego co poznają na uczelnianych zajęciach. Nie można bowiem oczekiwać, że za murami Uczelni musi być enklawa technicznej nowoczesności. To jest tylko miejsce, gdzie w ciągu 5-ciu dobrze przeżytych lat można przygotować się intelektualnie do radzenia sobie z tym co przyniesie przyszłość. Nie będzie można temu sprostać, gdy nowoczesność będzie rozumiana jako tytułowe „odrywanie się od teorii”, jeśli tylko pochodzi ona z lat siedemdziesiątych czy wcześniejszych. Jeśli nawet „wielu naukowców idzie z duchem czasów, a nawet je wyprzedza”, to głównie w sferze intelektu a nie np. poprzez uczestnictwo w targach, które dopiero się odbędą.

Targowe nowinki zafascynowały nie tylko studentów ale i Autora artykułu. Potraktował On wiedzę zdobywaną na Uczelni jak świeże bułeczki, która im „gorętsza” tym lepiej przydaje się w życiu zawodowym absolwenta. Zapomniał tylko, że akurat im świeższa teoria tym większym stopniem niepewności może być obarczona i przez to może być mało przydatna w praktyce.

Może dlatego w artykule niewiele jest pewnych wiadomości. Dominują za to sformułowania takie jak: „podobno są ‘karmieni’”, „chyba wiedzą”, „podobno istniało”, „podobno miał powiedzieć”. Zadaniem dziennikarza powinno być sprawdzenie tych przypuszczeń przed publikacją artykułu, nawet jeśli studenci, od których się o tym dowiaduje czegoś nie wiedzą.

W wyniku tego zaniedbania można odnieść wrażenie, że ktoś daje studentom okazję do złamania - już na początku - swej przyszłej kariery zawodowej. Na skutek zaś zbyt krótkiej perspektywy, która nie sięga nawet owych lat siedemdziesiątych, cały artykuł można potraktować jako zniekształcenie obrazu studenckich dokonań.

_________________________________________________________

[1] Zbigniew Zając: „Oderwani od teorii”, Miesięcznik Politechniki Warszawskiej”, nr 8 sierpień 2003.

Opiekun naukowy Studenckiego Koła Logistyki Stosowanej
3.09.2003

P.S.1. Wieczorem 3.09.03 otrzymałem list od Przewodniczącego SKLS, który pisze m.in.:

Z przykrością stwierdzamy, iż udzielona przez nas Miesięcznikowi PW wypowiedź odnośnie II FML, przerodziła się w coś, czego nawet my nie potrafimy nazwać.
Autor artykułu, zresztą również student PW posłużył się nieautoryzowanym artykułem chyba tylko po to, by wzbudzić niepotrzebne sensacje. W naszym odczuciu artykuł dotyka w takim samym stopniu nas samych, jak i cały wydział czy uczelnię. Jest to dla mnie o tyle niezrozumiały fakt, iż artykuł ukazuje się właśnie w miesięczniku PW.
Nasze oświadczenie i sprostowanie odnośnie artykułu zamieszczamy na stronie http://skls.it.pw.edu.pl, przekazaliśmy je również do wszystkich zakładów naszego wydziału. Jutro zostanie ona przekazana do redakcji miesięcznika.


Z tego wyjaśnienia wynikałoby, że zamieszczony w Miesięczniku Politechniki Warszawskiej tekst byłby wyrazem nierzetelności dziennikarskiej Autora. Z negatywnymi skutkami tej publikacji zarówno Studenci z Koła naukowego jak i Redakcja będą musieli się niestety borykać przez jakiś czas.

We środę 10.09.03 dowiedziałem się telefonicznie od Pani Redaktor z Miesięcznika, że znana Jej wersja wydarzeń jest różna od przedstawionej w sprostowaniu, którego jeszcze nie otrzymała. Wyjaśni się to w poniedziałek.

P.S.2. W październikowym numerze Miesięcznika Politechniki Warszawskiej w dziale "Koła Naukowe" na str. 16-17 zamieszczono mój list "ad 'Oderwani od teorii'" oraz list Przewodniczącego Studenckiego Koła Logistyki Stosowanej. W ten sposób w opinii zainteresowanych stron kontrowersje wokół publikacji artykułu "Oderwani od teorii" zostały wyjaśnione. (31.10.03)


Wszystko w normie

Wraz z nowym numerem CXO przyszło pocieszenie, że jest rozwój. W biznesie - nowa strategia rozwoju polegająca na CSR1) (czytelnik musi wiedzieć co oznacza ten skrót, bo w tekście nie jest on rozwinięty, albo np. zajrzeć pod adres http://businessman.onet.pl/artykul.html?MP=1&ITEM=1131566 - przyp. JO). W stosunku do tej nowej strategii - twierdzi Dean Sanders - firmy ustosunkowują się na trzy sposoby: „proaktywnie”, „reaktywnie” i „nieaktywnie2). Dla firm proaktywnych - których jest mniejszość - będących najczęściej pionierami rozmaitych sformalizowanych później strategii, „biznes był sposobem, w jaki chcieli przejść przez życie1).

Dla pozostałej większości - tych reaktywnych i nieaktywnych - szykowany jest przełom w zarządzaniu procesami, nazywany „Nową Falą”.3) Po zalaniu procesami pojedynczych przedsiębiorstw i wstawieniu na każdym z nich tabliczki z napisem ISO 9001 można było oczekiwać, że w następnej kolejności zostaną zalane przestrzenie pomiędzy powstałymi wyspami. Tak jest też z nową koncepcją doskonałości procesu. „Nie stawia już ona na lepsze wykorzystanie wewnętrznych materialnych zasobów przedsiębiorstwa, bo w tej dziedzinie niewiele już da się poprawić.3)

Trudno bowiem poprawiać coś co zostało zabetonowane. Nie wiadomo tylko czy ci co betonowali przedsiębiorstwa wiedzieli, że robią to na chwilę. Normy nakładane na procesy niczego bowiem nie gwarantują na dłuższą metę. Proces doskonały dziś, nie musi być doskonały jutro. Muszą zatem zmieniać się normy na doskonałe procesy.

Nowym bardzo szerokim polem usprawnień są powiązania zarówno z aktualnymi jak i potencjalnymi partnerami3). Ci „potencjalni” są szczególnie atrakcyjni. Trzeba będzie dokładnie określić jacy mają być, by pasowali do unormowanych procesów nie tylko na polu produkcji ale i na polu powiązań z partnerami. Wiadomo już, że to „zazwyczaj powoduje ogromny wzrost komplikacji całego systemu3). Na skutek tego „potrzebne jest nowe podejście3).

Zanim zmieni się to podejście do procesów, wcześniej trzeba będzie uaktualnić dotychczasowe certyfikaty ISO, które utracą ważność w 2003 r.4) Zmiana wymagająca nowelizacji norm dotyczy „ośmiu zasad zarządzania jakością4). Wiedząc na ile jakość da sobą zarządzać, to wskazane zasady muszą przypominać raczej zbiór komunałów, pobożnych życzeń lub zaklęć rzeczywistości. Niewątpliwie wszystkie są prawdziwe, ale na podobieństwo warunku koniecznego, tzn. „jeśli sukces to spełniono osiem zasad”.

Żal jednak tych co potraktują te zasady jak warunek dostateczny, czyli „jeśli osiem zasad to sukces”. Po kilku latach funkcjonowania wg przyjętych norm pod nadzorem audytorów dowiedzą się - tak jak dotychczasowi wyznawcy normowania - że chcąc „utrzymać certyfikat ISO nie mają wyboru4). Tak jak „najnowsze normy ISO4), które „zmieniły gruntownie istniejące standardy z roku 19944), zdobyte certyfikaty utracą ważność i konieczna będzie kolejna zmiana. Możliwa ona będzie - tak jak i dziś - na dwa sposoby: jeden to „Wdrożyć system zarządzania jakością od podstaw4) a drugi - „Dokonać transformacji obecnie funkcjonującego systemu4).

Ci co uzyskali certyfikat - wiedząc co oznacza pierwsza metoda - skuszą się zapewne na drugie rozwiązanie. Jak to się robi wiedzą np. budowlańcy, którzy „transformują” czasami fundamenty poprzez zalanie betonem pokruszonych fragmentów poprzedniego monolitu. Podobnie „transformowany” certyfikat po naklejeniu etykietki ISO 9001:2009 może nawet przypominać poprzednią konstrukcję, wzbudzając tak jak poprzednio zaufanie klientów.

Źródła tego zaufania są równie stare jak stara jest natura człowieka, który oczekuje, że ktoś mu powie co jest dobre. Z faktu naklejenia znaku certyfikatu ma wynikać, że producent zadbał (bo musiał) o spełnienie warunków dla jego uzyskania. Klient nie musi już zatem tego sprawdzać. Nie musi też iść do konkurencji, bo tam także obowiązuje ta sama norma dotycząca jakości, jak również skuteczności i efektywności. U konkurencji będzie zatem tak samo dobrze i tak samo tanio, bo zadbali o to audytorzy. Konkurencja stanie się zatem zbędna. Na tzw. wolnym rynku pozostaną z każdej dziedziny po jednym ci, co spełniają normy. O dobro klienta troszczyć się będą audytorzy, którzy co kilka lat będą zmieniać normy. Pod ich dyktando producenci będą dokonywać transformacji swoich organizacji. Dzięki temu klient uniknie ryzyka kupienia wyrobu odbiegającego od norm.

Ma to jednak swoje dobre i złe strony. Nie kupi się nic o parametrach gorszych od normy, ale też na rynek nie przebiją się wyroby o parametrach lepszych, jeśli będą wytwarzane wg procesów innych niż unormowane.

Ciekawe jak z normowaniem poradziliby sobie tacy proaktywni menadżerowie jak np. Bill Gates czy Richard Branson. Prawdopodobnie nie zauważą norm i nie wpuszczą audytorów do swych organizacji. Dla nich normy wyznacza własne przekonanie o „orientacji na klienta”, „przywództwie” czy „zaangażowaniu ludzi”, i innych tzw. „zasadach”. Dzięki temu zawsze będą liderami i pionierami w obranych przez siebie dziedzinach.

Komu zatem jest tytułowa ”odnowiona norma pilnie potrzebna4)? Temu kto nie ma dość sił i determinacji, a zamiast ryzyka i odpowiedzialności jakie niesie ze sobą wolne gospodarowanie, chce podążać za urzędnikami ustanawiającymi coraz to nowe normy lub ich zmiany oraz kontrolującymi ich przestrzeganie. Ci urzędnicy z konieczności będą upominać i nagradzać.

To nic, że „wszyscy wiemy, jakim strasznym brzemieniem jest praca wymuszona karą lub nagrodą5). Nie wiadomo tylko dlaczego „jest postrzegana jako zewnętrzny dopust losu5), skoro wiadomo, że to nie los a ludzie ustalają reguły gry. Sami zresztą tego chcemy by nie ponosić ryzyka i odpowiedzialności. Na nic się zdaje wiedza o tym „jaką pasję i zaangażowanie potrafi wydobyć z maluczkich porywająca idea albo wielki mistrz5), bo w takiej sytuacji trzeba byłoby przecież odrzucić dotychczasowe unormowania.

Wtedy jednak człowiek przyzwyczajany do przestrzegania norm daje się zwieść i porwać nawet idei prowadzącej na manowce i nie potrafi odróżnić wielkiego mistrza od wielkiego szarlatana. Staje się nieodporny na pseudoprawdy, choćby takie, że np. „Postawa pracownika [...] jest konsekwencją stosunków międzyludzkich w firmie5). Fakt niepodważalny. Każda bowiem postawa jest konsekwencją głównie tych stosunków, bo nie jest konsekwencją stosunków międzyzwierzęcych. Jeśli jednak człowiek ma mieć poczucie sensu z tego co robi, to wystarczy by stosunki w firmie były ludzkie, czyli podmiotowe.

Tylko traktując siebie i innych podmiotowo, nie da się zbałamucić prawdzie, że „Zaangażowanie i uczciwość bierze się z poczucia sensu, które dają mistrzowie, np. menadżerowie, którzy niezłomnie prowadza firmę w wybranym kierunku.5) Nie takie jest bowiem źródło sensu. Przecież nie można zarzucić braku niezłomności menadżerom w firmie ENRON czy w wielu firmach w Polsce, których pracownikom nie tylko owi „mistrzowie” nie dali sensu ale jeszcze odebrali jego resztki.

Ludzkie stosunki wymagają tego by nawet w firmie być człowiekiem, a nie jednym z „maluczkich”, którego porywa czy to „idea albo wielki mistrz5), „czyjeś zaufanie” 5) czy nawet „wiara w czyjeś możliwości5).

Jak trafnie zauważył John C. Maxwell „Lider znajduje marzenia, a potem ludzi. Ludzie znajdują lidera, a potem marzenia.6) Jakie mogą być marzenia lidera i dokąd może on zaprowadzić „znalezionych” do ich realizacji ludzi, można coraz częściej przeczytać w relacjach z rozmaitych strajków lub „przecieków” z prokuratury.

Na to jednak jak być człowiekiem, który wybiera kogoś lub którego wybierają inni, norm być nie może, bo wiadomo tylko czego nie wolno lub nie wypada. Certyfikatu na bycie człowiekiem nikt jeszcze nie wystawia.

_________________________________________________________

1) "Wymóg publiczny czy szansa lepszego biznesu". Wywiad Szymona Augustyniaka z Deanem Sandersem. s.4.

2) Podobnie jak aktywność również nieaktywność ma swoje rodzaje.

3) Andrzej Góralczyk: Świat procesów. s.11.

4) Sławomir Zapłata: Odnowiona norma pilnie potrzebna. s.26.
osiem zasad zarządzania jakością:

  1. Orientacja na klienta. Klienci stanowią o bycie gospodarczym każdej organizacji, dlatego istotne jest rozumienie obecnych i przyszłych potrzeb klientów.
  2. Przywództwo. Przywództwo wpływa pozytywnie na uzyskiwane wyniki, zapewniając jedność celów i kierunków działań organizacji.
  3. Zaangażowanie ludzi. Zaangażowanie pracowników, stanowiących istotę organizacji, jest niezbędne dla powodzenia wszelkich działań.
  4. Podejście procesowe. Zarządzanie procesami wpływa pozytywnie na prowadzenie działalności.
  5. Podejście systemowe do zarządzania. Zidentyfikowanie oraz zaradzanie wzajemnie powiązanymi procesami przyczynia się do zwiększenia skuteczności i efektywności działań.
  6. Ciągłe doskonalenie. Nieustanne dążenie do doskonalenia powinno stanowić permanentny cel organizacji.
  7. Podejmowanie decyzji na podstawie faktów. Skuteczne decyzje opierają się na informacjach i analizie danych.
  8. Wzajemnie korzystne powiązania z dostawcami. Organizacja i jej dostawcy są od siebie zależni, a kooperacja wpływa pozytywnie na tworzenie wartości.
5) Iwona D. Bartczak: Z powodu kija czy marchewki ? A może z poczucia sensu ? s.3.

6) John C. Maxwell: Prawa przywództwa. Wyd. Studio Emka, Warszawa 2001.

Nie wysłane do CXO, ze względu na brak działu listów
12.10.2003

P.S. Ocenę metod standaryzacji znalazłem w artykule "Commentary: Reliability - Past, Present, and Future" [IEEE Transactions On Reliability, vol.49, no.4, december 2000], którego autorem jest Patrick D.T. O'Connor, uznany specjalista od niezawodności.

"ISO9000 does not specifically address the quality of products and services. It describes, in very general and rather vague terms, the "system" that should be in place to assure quality. In principle, there is nothing in the standard to prevent an organization from producing poor quality goods or services, as long as written procedures exist and are followed."

"Other malign effect of ISO9000 include the developement and growth of a substantial industry of agencies, registration bodies, and consultants that are parasitic on productive industry."

"Companies that embrace TQM do set standards for products and service quality, internally and from their suppliers, far in excess of the requirements of ISO9000. These are aimed at the actual quality achievements of the products and services, and at continous improvement in these levels. Much less emphasis is placed on the "system"."

"The recent changes in ISO9000 (ISO9000/2000) do not deal with these fundamental criticism; but they will lead to higher costs and greater controversy. Quality and reliability of products and services will not be assured or improved."

"We must stop the development and use of standards for reliability and quality, such as ISO/IEC6030, ISO/IEC61508, and ISO9000."

Dobrze, że są odważni naukowcy. (8.10.2004)


Pani prosi Panów

Niestety stało się to co w każdej zabawie jest do przewidzenia - zapał tancerzy zgasł. Nie bez winy przy tym jest orkiestra. "Otóż nie wiedzieć czemu, większość czasopism doszła do wniosku, że uczestnikom życia gospodarczego to inteligenckie dziedzictwo - szukanie inspiracji w słowie pisanym - nie jest potrzebne. Wystarczą pełne informacje o rynku. Tymczasem nieprawdą jest, że znikła taka potrzeba."1). Tym nie mniej sytuacja wygląda żałośnie. "Mamy efekt takiej postawy redaktorów i wydawców. Najwyżsi rangą menedżerowie w śladowych ilościach czytają prasę, sekretarki i asystentki robią im prasówki, i na tym kończy się rola większości periodyków na rynku czytelniczym." Dlatego ktoś inny musiał podjąć się misji rozruszania towarzystwa.

Na szczęście nie wypadło na Pana Redaktora Naczelnego, który swą spostrzegawczość koncentruje wyłącznie na tancerzach i nie tylko podjął się kiedyś ocenienia innych "kolegów" Redaktorów, ale nawet Organizatorowi VI-go Kongresu Logistyków Polskich wytknął, że "Z tych obserwacji wynika pewna prawidlowosc, która dowodzi, ze Panski kongres bardziej sie kurczy niz rozwija."

Tym razem bowiem głos wewnętrzny poruszył Panią Redaktor z CXO - która będąc z zupełnie innej gliny - zaczęła od właściwej strony, czyli od siebie. "Sypię popiół na swoją głowę. Ale nie dlatego, że zaniedbuję sferę inspiracji w redagowanym przeze mnie piśmie, w CXO. Wręcz przeciwnie, dbam o nią całym sercem i rozumem."1)

Ale na tym już koniec różnic. Diagnoza bowiem dotyczy chwilowej słabości: "był taki moment, kiedy chciałam już powiedzieć: nasi menedżerowie wcale nie lubią czytać, nie chwytają inspirującego słowa, nie czują potrzeby intelektualnego dyskursu. Nie miałam racji: potrzebują tego wszystkiego, lecz my dziennikarze i redaktorzy na czas nie sprostaliśmy temu wyzwaniu - zadowalając się prostym informowaniem - i odzwyczailiśmy ich od czytania."1)

Z tego wyznania - oprócz powszechnego prawie rozróżnienia "MY-ONI" - widać ponadto, że diagnoza jest tylko częściowa. Na jakiej bowiem podstawie można było przypuszczać, że prawdziwi menedżerowie, którzy "Mężni i walczący. Budzą szacunek i coś w rodzaju nadziei."2), dadzą się od czegoś odzwyczaić ? Jeśli nawet są od czegoś odzwyczajeni, to czy czasem nie jest to wynikiem ich samodzielnej decyzji, przy której kierowali się jak zwykle własnym interesem ?

To, że wiedzą czego chcą można było obserwować od samych początków CXO, które są na tyle nieodległe, że nie mogły się zatrzeć w pamięci Pani Redaktor. Może to do nich odnosi się fraza "na czas nie sprostaliśmy" ? W tym czasie bowiem wielu menedżerów przyjęło z nadzieją pojawienia się nowego czasopisma. Wielu też zapewne podało szczegółowe dane osobowe i firmowe by zasłużyć na darmową prenumeratę. Wielu też zgłosiło swój akces do elitarnego klubu, nie zważając na jego żartobliwą nazwę. I co otrzymali w zamian ?

To co zawsze i wszędzie. Spływające z góry "objawienie" wybrane wolą Redaktora. Nie zmienia istoty rzeczy to, że w CXO jest to Pani Redaktor a nie wspomniany Redaktor Naczelny. Zasada zaś - dotycząca wszelkich środków przekazu poza internetem - polega na tym, że "JA mówię - TY słuchasz". Symbolicznym jej wyrazem było zlikwidowanie w CXO - już po kilku numerach - działu listów od czytelników. Zanim to nastąpiło, kilka listów w nim się ukazało3). Jakie się nie ukazały, to wiedzą ich autorzy. Bez wyjaśnienia dlaczego tak się stało - co wie Redakcja - próżno oczekiwać "intelektualnego dyskursu"1) i na daremno prosić (wzywać) "Panowie, czytajcie ! I upominajcie się o idee !"1). Nawet jeśli prosi o to Pani Redaktor.

Jakież to bowiem idee mogą sami od siebie zaoferować dziennikarze "najwyższym rangą menedżerom"1), na które ci drudzy mają jakoby wyczekiwać z utęsknieniem i nawet powinni się o nie upominać (ale już nie domagać) ? Czy czasem sypany popiół nie przesłonił pola widzenia ? Jeśli likwiduje się dział listów to tak jakby zasłaniało się oczy i uszy, by nie widzieć i nie słyszeć co dzieje się w środowisku, do którego zamierza sie nieść "inspirujące słowo"1). Cóż mogą same z siebie powiedzieć usta dziennikarza, czy docenionych przez niego autorów ?

Wiara w tę możliwość opiera się na takiej zdolności postrzegania rzeczywistości, której miarą jest choćby to, że jakaś większość czasopism doszła do jakiegoś wniosku "nie wiedzieć czemu"1). Pozostała zaś mniejszość - chyba też "nie wiedzieć czemu" - nie była w stanie odwieść ich od tego wniosku. Przy takich umiejętnościach "wnioskowania", uzurpowanie sobie prawa do określania tego, co Panowie mają czytać i o jakie idee się upominać, może rodzić nadzieje wyłącznie płonne, że "nasza praca, aby nie tylko informować, ale również inspirować, jest ważnym krokiem przywracania zaufania do prasy jako źródła idei i wsparcia dla ducha"1).

Tu nie wystarczy ani sypanie popiołu ani nawet przywrócenie działu listów, nawet jeśli uzyska on należną rangę. Bo jeśli Panowie posłuchają wezwania Pani Redaktor - co mogłoby się stać tylko dlatego, że nie ma jeszcze pełnego równouprawnienia płciowego - to może nie wystarczyć im samo czytanie i upominanie się. Żeby upominać się o idee, to muszą też pisać. Wtedy jednak sami lub ktoś inny mógłby zaproponować ideę, która nie powinna trafić do redakcyjnego kosza, choćby była niezrozumiała nawet dla całej Redakcji.

Zaufanie do prasy opiera sie na tym, że dziennikarze przekazują to co jest, a nie tylko to co potrafią zauważyć. Niewątpliwie jest to trudne. Jednak im mniej "informują" czy "inspirują" tym lepiej, bo nie odrywają się od swego głównego zadania. Prasa "jako źródło" to mrzonka, której nie ma po co przywracać. Zawsze był to "pas transmisyjny" - dziś elegancko nazywany "medium" - jako sposób docierania autora do odbiorcy.

Nie można przy tym zapominać, że "Redaktorzy czasopism tworzą pomiędzy autorem a odbiorcą barierę przez to, że pełniąc rolę aktorów, sami dobierają teksty, którymi przemawiają do czytelników. Nie zdają sobie jednak przy tym sprawy z tego, że uprawiają pozaświadomy przekaz taki sam jak aktorzy z powołania, tzn. "Czytaj to co ja chcę byś czytał" (w przypadku tekstów drukowanych odpada ponaglenie "bo zaraz skończę"). Przez tę barierę przechodzi tylko to co lubi redaktor, a nie jest pewne, że przypada to do gustu czytelnikowi."4).

Dodając do tego, że bariera ta w drugą stronę jest całkowicie nieprzepuszczalna, to nie można się dziwić, że czytelnicy muszą traktować "lekturę czasopism jako rodzaj życia towarzyskiego w obszarze swej specjalności."4), referowanego im gdy "sekretarki i asystentki robią im prasówki"1).

W takiej sytuacji czasopisma na nic więcej liczyć nie mogą. Jednak dzięki temu, że w CXO to zauważono, to po skorygowaniu diagnozy będzie mogło rozpocząć się leczenie. Jeśli nie będzie to proces, to będzie także nadzieja.

_________________________________________________________

1) Iwona D. Bartczak: Panowie, czytajcie ! I upominajcie się o idee !. CXO, 10/03 listopad, s.3.

2) Iwona D. Bartczak: "Duma i bunt najlepszych", CXO maj 5/2003, s.3.

3) m.in. "Podmiotowość MRP"

4) JO: Złudny urok cenzury

Nie wysłane do CXO, ze względu na brak działu listów
24.11.2003

P.S.1. Jaka może być wiarygodność "pasa transmisyjnego" może świadczyć wyrok pewnego sądu.

W środę 14 lutego Sąd Apelacyjny Florydy postanowił, że nie ma nic niezgodnego z prawem w łgarstwach, ukrywaniu lub zniekształcaniu informacji podawanych przez czołowe firmy medialne. Sąd unieważnił wyrok z roku 2000, który orzekł sumę 425 000 dolarów jako odszkodowanie dla dziennikarki Jane Akre, która wniosła oskarżenie przeciwko firmie Fox Television, twierdząc, że kierownictwo i prawnicy zmusili ja do wyemitowania informacji , o których wiedziała, że są fałszywe, co udokumentowała.
18 sierpnia sześcioosobowe jury jednogłośnie uznało, że Jane Akre została rzeczywiście wyrzucona z pracy za to, że zagroziła, iż ujawni, że stacja zmusiła ją do wyemitowania czegoś co sędziowie uznali za „fałszywą, zniekształconą lub stronniczą” historię na temat szerokiego stosowania przez firmę Monsatnto preparatu rBGH - genetycznie zmodyfikowanego hormonu wzrostu - w hodowli krów mlecznych. Sąd w ogóle nie zajmował się istotą skargi Jane Akre, to znaczy tym, że firma Fox wywarła na nią nacisk, zmuszając ją do wyemitowania fałszywej historii , aby uchronić się przed ewentualną koniecznością dowodzenia prawdy w sądzie oraz szkodami z powodu możliwej utraty części reklamodawców.
Firma Fox bezskutecznie przekonywała od początku, podczas trzech różnych procesów przed trzema różnymi sędziami, do odrzucenia oskarżenia, z uwagi na to, że nie ma jednoznacznego, pisanego prawa zabraniającego rozmyślnego zniekształcania wiadomości. Obrońcy firmy Fox, będącej własnością Roberta Murdocha, przekonywali, że Pierwsza Poprawka (poprawka do konstytucji, która gwarantuje obywatelom USA prawo do wolności słowa, prasy religii i zgromadzeń - przyp. tłum) nie zabrania nadawcom kłamać lub rozmyślnie zniekształcać wiadomości w publicznych środkach przekazu.
W swoim sześciostronicowym uzasadnieniu Sąd Apelacyjny podaje, że sprzeciw Federalnej Komisji Łączności wobec zniekształcania wiadomości jest jedynie rodzajem „polityki”, a nie prawem lub zasadą.
Po ogłoszeniu wyroku Fox wyemitowała oświadczenie, twierdząc, że było to „całkowicie zgodne z prawem”, i na poparcie przytoczył wyrok sądu.

(Nexus, 5/2003, za Sierra Times, 1 marca 2003)

Oznacza to, że człowiek nie może liczyć nawet na to, że system prawa gwarantuje mu, że to co otrzymuje jest prawdziwe lub dobre. Musi sam to sprawdzać i żaden pośrednik w tym go nie zastąpi. Jeśli jednak jakiś pośrednik zechce się tego podjąć - czy będzie to dotyczyć wiadomości czy rzeczy - to musi wiedzieć, że wiarygodność wobec odbiorcy traci się tylko raz i nieodwracalnie.

P.S.2. Jednak przekonanie o misyjnej roli czasopism przeważyło i CXO okopuje się na osiągniętych pozycjach wobec innych czasopism i czytelników. Na sztandarach, którymi w zastępstwie mogą być - tak jak na zamieszczonej na całostronicowej autoreklamie fotografii - wiszące w czytelni czasopisma, zapisano "wielu informuje - my inspirujemy" (CXO, styczeń1/2004). Tym samym rozpoczęto proces oczekiwania aż czytelnicy w to uwierzą i zaczną upominać się o nowe idee zgodne z zamysłem inspiratora. Ich prośby mogą być nawet publikowane w reaktywowanym od stycznia dziale "Korespondencja".
Biorąc jednak pod uwagę, że inspiracja to "wpływ wywierany na kogoś, celem ukierunkowania jego świadomości na określony pomysł" (za wiem.onet.pl), kto będzie chciał sobie takie coś fundować kupując CXO ? Skąd gwarancja, że nie przekształci się to w "świadome oddziaływanie na odbiorcę poprzez systematyczne rozpowszechnianie określonych poglądów, idei, haseł za pomocą środków perswazji intelektualnej i emocjonalnej w celu pozyskania zwolenników i nakłonienie ich do zachowań pożądanych z punktu widzenia nadawcy przekazu propagandowego." (hasło "propaganda", za wiem.onet.pl) ? Może już lepiej informować, jeśli nie można po prostu przekazywać ? (21.01.04)


Wiedza i wiedzący

Znowu tzw. „święta prawda” w felietonie „od redaktora”1). Oczywiście, że „...poważne potraktowanie wiedzy [...] oznaczałoby rewolucję i społeczną i organizacyjną.

Czy jednak faktycznie to co postrzega Pani Redaktor na świecie jako dostatek2), to jest wiedza ? Skąd to wiadomo ? Czy czasem nie żyjemy w okresie poprawiania „wiedzy” - począwszy od „mądrości wybitnych naukowców” do tego co „było zapisane w podręcznikach” - a co często okazywało się propagandowym bełkotem ? Jak takiemu czemuś można przyznać większą rolę, a zwłaszcza rolę „głównego budowniczego” ?

Autorka sama przyznaje, że „... użyteczność wiedzy [...] zależy nie od niej samej, lecz od stosunku człowieka do wiedzy, roli jaką jej wyznacza”. Przecież takie coś nie może odgrywać żadnej roli i nawet nie trzeba tego „podejrzewać”. Nie ma też nad czym dyskutować. To nie antyczni mędrcy zaszli nam za skórę, tylko współcześni filozofowie, którzy postanowili zmieniać świat, wg tego co uznali za tzw. „wiedzę obiektywną”, zamiast nadal go interpretować. Po takich doświadczeniach powinno się móc dojść do jakiegoś ambitnego wniosku. Bowiem tak jak „do tanga trzeba dwojga”3) tak „poważne potraktowanie wiedzy” wymaga wiedzącego, czyli tego kto wie. Najlepiej siebie samego.

Są przykłady na to, że nie zawsze to zachodzi:

 

Wiedza o tym by w ramach artykułów wyróżniać dużymi literami myśli nowe, a nie wyłącznie kopie tego co w tekście jest napisane małymi, była od pierwszego numeru CXO. Redakcja jednak nie wyznaczyła jej żadnej roli, uroczo ją lekceważąc.4)


Teraz już to robi.

Również wiedza o pewnej nowej idei była od pierwszych numerów w CXO, lecz Redakcja udawała, że nic o tym nie wie, brnąc w procesy i łańcuchy dostaw.

Teraz prosi się czytelników by upominali się o nowe idee.5)

Także wiedza o tym, że czytelnicy czytają i piszą do CXO była od początku istnienia CXO, lecz Redakcja zlikwidowała dział listów od czytelników.

Teraz prosi się czytelników by upominali się5) i zachęca do wypowiedzi6).

To by znaczyło, że dotarła do Redakcji wiedza o zgubnych skutkach luki czasowej pomiędzy powstaniem wiedzy a momentem wiedzenia.

Dlatego też by nie tworzyć kolejnej luki czasowej, której źródłem może być wątpliwość „Może na łamach CXO, zachęcam do czytania i do wypowiedzi.1), już teraz informuję Panią Redaktor, że zachęca na łamach CXO.

_________________________________________________________

1) Iwona D. Bartczak: „Równouprawnienie mało możliwe i niezbyt pożądane”, CXO, 11/03 grudzień, s.3.

2) "Wiedzy jest na świecie dostatek ...", op.cit.

3) Andrzej Mogielnicki: „Takie tango”. Krzysztof Cugowski (śpiew), Budka Suflera.

4) Pisząc: "Swoja droga nikt facetowi nie nakazuje czytac portretow.", w poczcie wewnętrznej przesłanej mi do wiadomości, w reakcji na list do Redakcji z 21.01.2002: "Niestety, redagując pismo CXO, przyjęliście - stosowana także w innych czasopismach - manierę kopiowania fragmentu artykułu i umieszczania kopii w centralnym miejscu stronicy. W efekcie tekst ten zwykle czyta się dwukrotnie. Raz gdy wzrok zatrzymuje się na stronicy, drugi - gdy czyta się artykuł na skutek zainteresowania się wkopiowanym fragmentem. [...] Ja jednak mam nadzieje, że jak już Pani Profesor Staniszkis pisze o racjonalności, a Pani Redaktor pisze o minimalizowaniu informacji to sami dojdziecie do tego, ze ta maniera jest sprzeczna z obiema zasadami."

5) Iwona D. Bartczak: „Panowie, czytajcie ! I upominajcie się o idee !”. CXO, 10/03 listopad, s.3.

6) Na razie pisząc na Berdyczów. We wzorcu na adres elektroniczny ciągle jest litera z "ogonkiem", choć w Redakcji "jest wiedza" - przynajmniej od 21.01.02 - że to nie działa.

Ze względu na wagę sprawy, wysłane do CXO mimo braku działu listów.
W świetle wezwań do upominania się i do wypowiedzi, można jednak przypuszczać, że dział listów zostanie wkrótce reaktywowany.
12.12.2003

P.S. Stało się to już w styczniowym numerze z 2004 roku.


W sprawie logistyki

Nawiązując do wywiadu z Prof. Oziemskim1) warto zwrócić uwagę na ten jego fragment, w którym określa On logistykę jako „ogólną metodę rozwiązywania problemów”. Na razie jest to określenie warunkowe, poprzedzone formułą: „Jeśli chcemy”, gdyż taka wola naruszyłaby kanony współczesnej nauki. U jej dzisiejszych podstaw leży bowiem teoria systemów, która powstając u początku XX w. stała się taką „ogólną metodą rozwiązywania problemów”. Jeśli mamy chcieć by taką metodą stała się logistyka, to musiały zajść jakieś okoliczności detronizujące teorię systemów.

Sukcesy nauki i techniki w minionym wieku nie podlegają dyskusji, choć wątpliwości może nasuwać ich rola w dwu wojnach światowych. Można jednak mieć nadzieje, że był to nieunikniony koszt rozwoju, jaki trzeba było zapłacić by móc cieszyć się osiągnięciami nauki w życiu cywilnym.

Postulowanie nowej metody oznacza podważenie nie tylko takiej interpretacji postępu jaki dokonywał się w XX w., ale także właśnie teorii systemów. Wg tej teorii, przyjmując określenie celu jako warunek tworzenia systemu, pozostawia się poza obszarem nauki pytanie o cel tworzonych systemów. W wyniku mamy nieograniczony niczym postęp nauki i techniki, dający coraz doskonalsze maszyny liczące, coraz szybsze samochody, pociągi i samoloty, coraz wyższe budynki, itd.

Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że powstałe mniej więcej w tym samym czasie - w początkach lat 70-tych - dzieła inżynierskie, w tym samym miej więcej czasie zakończyły swe działanie „śmiercią tragiczną”. Choć inne były powody wycofania z eksploatacji samolotu ponaddźwiękowego czy zawalenia się wież WTC, to jednak w obu przypadkach życiem zapłacili ludzie ufni w to, że inżynierowie poprawnie określili granice ekspansji techniki w dziedzinie transportu i budownictwa. Inżynierowie dali ludziom jako świadectwo postępu, wrażenie przekroczenia kolejnych barier w rozwoju techniki.

Nikt nie zmuszał pasażerów Concorde’a, do płacenia równowartości samochodu za przelot pomiędzy dwoma miejscami w ciągu kilku godzin. Również nikt nie zmuszał ludzi do szukania pracy na 80 czy 90 piętrze wieżowca, gdzie dotarcie na miejsce zajmowało mniej więcej tyle samo czasu co dojazd do tego wieżowca z najdalszych dzielnic miasta.

Wszyscy wierzyli nie tylko w potęgę techniki. Traktowali jako naturalne wykorzystanie praw przyrody do zaoferowania usług, które w danym czasie były możliwe do zrealizowania przy zastosowaniu współczesnych technologii.

Czy jednak twórcy tych systemów przewidzieli okoliczności towarzyszące realizacji danej usługi ? Czy ktoś z techników projektujących naddźwiękowy samolot pasażerski przewidział, że do jego poprawnego funkcjonowania będzie konieczne perfekcyjne sprzątanie pasa startowego, by na porzuconym śmieciu nie „potknął” się supernowoczesny samolot. Podobnie czy ktoś z projektujących najwyższe w mieście budynki spodziewał się, że staną się one symbolem tego miasta - a pośrednio symbolem całego państwa - przez co zostaną obrane za cel upokorzenia tego państwa i jego obywateli ?

Są to pytania retoryczne, bo dziś już wiemy, że nie zadawali sobie tego typu pytań. Za tę odpowiedź zapłacili ludzie, którzy zginęli czy to w katastrofie Concorde’a, czy to w zawalonych wieżach WTC. Powstaje pytanie czy były to nieuniknione ofiary postępu technicznego ? Czy to był i pozostaje nadal jedyny sposób poznawania granic postępu technicznego i dopiero odwaga a może i ofiara ludzi skłonią do zadania pytania o sens podobnych przedsięwzięć ? Nauka bowiem i jej praktyczne zastosowanie w postaci inżynierii, pytania o sens nie zadaje zakładając, że ludzie zamawiający określone systemy techniczne wiedzą co robią.

Jeśli w sukurs - zdaniem Profesora - ma przyjść logistyka, to trudno przypuszczać by taką funkcję mogła spełnić taka logistyka, która jest procesem dostarczania towarów, czy taka, która jest procesem planowania, wdrażania i sterowania tym dostarczaniem, czy też taka, która jest procesem pomocniczym dla procesu głównego, ani tym bardziej taka, która jest częścią jakiegoś łańcucha. Musi to być logistyka, która pytanie „PO CO ?” wplata w same swe podstawy, by warunkować dostarczanie dóbr. Jeśli za pomocą danego przedsięwzięcia nie można zagwarantować tego, że to co człowiek otrzyma będzie dobrem, to nie można dawać nawet szansy zaistnienia takiemu przedsięwzięciu. Inaczej bowiem końcowa katastrofa zniweczy wysiłek logistyka i poważy jego samoocenę.

To już nawet nie jest kwestia opracowania innych sposobów dostarczania danego dobra, ale nawet rezygnacja z jego dostarczania, jeśli może ono obrócić się przeciwko człowiekowi - nawet jeśli tego dziś nikt nie dostrzega.

To pytanie o sens podejmowanych działań trzeba przywrócić nauce w postaci logistyki, tak by zakładnikami kolejnych pomysłów inżynierskich XXI w. nie stali się pasażerowie czy to stratosferycznych samolotów czy pociągów mknących próżniowym tunelem z prędkością kuli karabinowej.2)

_________________________________________________________

1) "Prof.S.Oziemski - logistyka powinna mieć własną filozofię", Logistyka 1/2004
2) Przedsięwzięcia możliwe do realizacji przy dzisiejszym stanie techniki. (3.03.2004)

29.02.2004
Wysłane do czasopisma LOGISTYKA


P.S. Opublikowane w całości na str 80-tej w nr 3/2004 czasopisma LOGISTYKA, dzięki czemu w prasie poświęconej logistyce po raz pierwszy "przeszło", że logistyka to warunkowanie dostarczania dóbr.

Zarazem jednak stronicę wcześniej - w tekście nawiązującym do tego samego wywiadu z Prof. Oziemskim - można znaleźć postulat ograniczenia zakresu logistyki. Autor pisze "Nie sądzę, by logistyka potrzebowała własnej filozofii. Nie jest to bowiem dyscyplina, która aspirować powinna do rangi "metodologii działania wspierającej dowolną działalność podstawową" (cytat z wrocławskiego artykułu Pana Profesora). Zajmować się powinna wybranym wycinkiem działalności organizacji (przedsiębiorstwa, grupy przedsiębiorstw, organizacji typu "non profit", miasta czy regionu) dotyczącym przestrzennego przemieszczania dóbr materialnych." [Marek Fertsch: Diagnoza słuszna, kuracja dyskusyjna, Logistyka 3/2004].

Ciekawe czy sami logistycy gotowi byliby zaakceptować to ograniczenie, w świetle którego już wybieranie tego wycinka i jego zakresu, a nawet czasowe przemieszczanie (czyli przechowywanie) dóbr, nie należałoby do ich kompetencji ? (16.05.2004)


Sprzeciw

W numerze 2/2005 czasopisma Logistyka pozostawiliście Państwo bez komentarza artykuł prof. Stanisława Oziemskiego pt. "Edukacja logistyczna - czas sięgnąć do korzeni". Autor pisze w nim m.in. "Filozoficznie patrząc, celem logistyki cywilnej jest "uszczęśliwić klienta", wojskowej - "zabić go".

W czasopiśmie poświęconym logistyce nie może być propagowana filozofia, która oferuje powyższy punkt widzenia. Umieszczanie zaś powyższych tez w dziale "Edukacja logistyczna" jest wysoce naganne.

W świetle znanej mi literatury poświęconej logistyce, w żadnym z jej obszarów zastosowań nie tylko nie oferuje się "uszczęśliwiania" ani tym bardziej "zabijania" klientów.

10.04.2005
Wysłane do czasopisma LOGISTYKA

List został opublikowany na str. 81 w numerze 3/2005, wyjątkowo dużą czcionką. W komentarzu redakcyjnym napisano m.in. "Nie mamy w zwyczaju opatrywać komentarzami publikowanych na naszych łamach artykułów, gdyż z ich treści jasno wynika, czego dotyczą".

Zasada może i dobra, ale nie jest możliwa do zastosowania w żadnym czasopiśmie. Już sam wybór artykułów do publikacji jest komentarzem, a w tym przypadku dodatkowo tekst, z którego jasno wynikało, że celem logistyki wojskowej jest zabicie klienta, opatrzono komentarzem "Edukacja logistyczna". Oznaczałoby to, że nie tylko studenci ale i nauczyciele logistyki powinni uczyć się zabijania, na co nie mogę się zgodzić.

( 25.05.2005, wysłane w odpowiedzi do czasopisma LOGISTYKA )


P.S. Jako reperkusja powyższego artykułu z numeru 2/2005 w numerze 1/2006 czasopisma Logistyka ukazał się artykuł Andrzeja Wojciechowskiego pt. "Logistyka wojskowa 'nie zabija'". Jest to reakcja wojskowego na określenie filozoficznego celu logistyki wojskowej. Po przedstawieniu w artykule rodowodu i koncepcji logistyki w ujęciu wojskowych, kończy się on stwierdzeniem, że "współczesna logistyka wojskowa wspiera wojska, a nie zabija".
Choć w intencji jest to obrona logistyki przed imputowaniem jej zabójczych intencji, to nie można oprzeć się wrażeniu, że ten kogo wspiera jednak zabija. Dlatego nie oddala to filozoficznych zarzutów wobec logistyki, czego mimowolnym wyrazem może być cudzysłów w tytule artykułu.
Jeśli bowiem przyjmuje się, że coś jest jakimś rodzajem działania - np. "wspieranie wojska", a w cywilu "wspieranie procesu głównego" - to nie można uwolnić się od ponoszenia skutków tego działania. Jednak to "wspieranie wojska" ponosi skutki wspierania. Z faktu, że nazwano to logistyką nie oznacza, że to logistyka musi się bronić, gdyż jej te zarzuty nie dotyczą.

( 18.02.2006 )


Concerning RFID

In the last issue of “Logistics Europe” (vol.13, no.2, March 2005) in a text under the title “Watch out for RFID” you suppose that the year 2005 will be dedicated to RFID. In my opinion the case of RFID rather will show us that a system is not only a collection of elements and relations but it must fulfill a set of special categories. At the first glance systems exploring new technology of RFID seems to be created as copies of systems with traditional bar codes. There is not mentioned that successful story of this way of identification was based on the ability to generate two kind of information by any reader of a bar code.

The first is obvious – because it was the reason for creating the reader – that the item with a bar code is registered when it is in a given place. The second is opportunistic – because it is inseparable from the way of functioning the reader and utilizing it as well – that the item is not registered when it is not in a given place.

The ability of generating this second kind of information was neglected when the function of the bar code reader – i.e. sending the light beam to the item at the proper range and position and confirming the appropriate recognizing received reflections – was acknowledged as its disadvantage.

When a radio frequency as a new media was applied to identification, no one has recognized, that this new way of registering guarantees only the first kind of information i.e. that the item is in a place when it is there. As we can read in newest reports even for this, it demands special circumstances – for instance a radio wave mustn’t be absorbed by the item. However the RFID reader neither generates nor registers the second kind of information.

At our times there was Donald Rumsfeld who reminded this old law of communication, but after that he was awarded by the Plain English Campaign, for the “most baffling remark” of the year 2003. So I am afraid that after failing of many systems utilizing this technology without taking in consideration the informational integrity of such the systems, the year 2005 would be really the year of RFID.

25.04.2005
Wysłane do czasopisma LOGISTICS EUROPE


P.S.1. W numerze czerwcowym (vol.13 no.5) jest kolejna notka redakcyjna na temat RFID, pt. "The drum-beat of rfid". Na początku Nick Allen pyta "Where are we going with rfid ?". W środku relacjonuje dyskusję okrągłego stołu, której przewodniczył: "Round table participants, (granted, all midsized distributors), believed that well ordered systems, perhaps employing bar codes could deliver the same visibility of products." Dalej rozważa kto powinien zakładać tagi i na jakich materiałach. W trakcie wspomnianej dyskusji - którą zrelacjonował Sam Tulip w artykule pt. "Exploring the middle ground" - na pytanie czy RFID może pomóc dystrybutorom, pada odpowiedź: "In theory, the panel felt, yes, in all sorts of operational areas [...]. And in practice, the benefits are more opaque". Na koniec zaś stwierdza: "So perhaps, it's hardly surprising that despite the enthusiastick beat of the drum to sign-up, the majority are reluctant to commit. And many that have engaged may be considered more as conscript than voluntees".
Teoretycznie nie ma śladu reakcji na mój list, bo mówi się o jakiejś teorii, z której wynikałaby możliwość uzyskania korzyści z RFID, ale przyznanie, że ci co agitują za RFID robią to raczej z obowiązku niż z wolnej woli, może być symptomatyczne.

Poza tym jedyną jak dotąd formą odpowiedzi z "Logistics Europe" jest to, że przysyłają mi egzemplarze czasopisma na warunkach takich jak od 1996 roku, a nie na takich jakie mi zaproponowano po zmianie reguł dystrybucji.
W Europie panują inne zwyczaje niż w USA, skąd np. C. John Langley odpisał mi na drugi dzień dlaczego nie podaje jakie imię kryje się za literą C.

( 6.07.2005)

P.S.2. Comparing [Mark Roberti: Process Controls for the Supply Chain, RFID Journal, 2005] the bar code technology and RFID technology is a great misunderstanding. Problems with RFID are not the same nature as with entering bar codes in the past. Despite of high costs, malfunctions of devices and changes in business processes, bar code guarantee its’ promise, i.e. it really identifies a product connected with it. In the case of RFID we have radio frequency but we don’t have identification. Thus the Author truly writes just after the title „RFID could bring …” instead of „RFID brings …”. It is because of a kind of belief that it could, but there is not a scientific certainty that it does. The main problems are as follows:

  1. What does identify a RFID tag when its signal doesn’t reach a reader, and how could it be checked if it happens ?
  2. How could it be assured that when a reader doesn’t catch any signal a package is not filled with many RFID-ed items ?
So before solving such the problems, there are only illusions that the same dynamics that was with bar codes would occur with RFID. ( 28.07.2005 poddane pod dyskusję)

podobny temat Obiecanki
podobny temat Końcówka roku RFID



Dziś prawdziwych logistyków jeszcze nie ma

Cieszę się, że Redakcja CXO podtrzymuje tematykę logistyczną na łamach czasopisma. Jednak zastosowane tempo dyskusji może budzić zaniepokojenie. Zacytuję mój list wysłany do Redakcji CXO 25.01.2003 r. pt. „Przełom w logistyce

Z uwagi na sympatię do Redakcji przesyłam w załączeniu tekst dotyczący mojego widzenia tego co dokonuje się w logistyce. Może on być potraktowany jako głos w dyskusji, do której Redakcja zachęcała po opublikowaniu we wrześniowym numerze CXO z 2002 r. artykułu pt. "Logistyka in statu nascendi" autorstwa Jacka Samsela.

Ponieważ jak przypuszczam zaślepienie łańcuchami i procesami w logistyce blokowało wówczas publikowanie odmiennych od oficjalnych ujęć logistyki, dlatego dziś mamy to co mamy. Nie byłoby też potrzeby publikowania artykułu, że jakoby „Dziś prawdziwych ... logistyków już nie ma1), gdyż byłoby wiadomo, że ich nie było i jeszcze nie ma. Może gdyby dyskusja toczyła się w rytmie naturalnym, bez cenzorskich ingerencji czasopism, dziś logistycy już by byli, a określenie „polska logistyka” nie miałoby pejoratywnego zabarwienia.

_________________________________________________________

1) Jacek Samsel: „Dziś prawdziwych ... logistyków już nie ma”, CXO, 5/05 maj.

13.06.2005
Wysłane do CXO
.


P.S. Co do logistyków to zmieniłem zdanie i przedstawiłem je w dyskusji na stronie CXO. (13.06.2005)


Obiecanki

W związku z artykułem pt. Automatyzacja z RFID” zamieszczonym 28.06.05 w portalu Logistyka.net.pl pojawiają się wątpliwości. Wprawdzie informacje taka jak tytułowa są bardzo potrzebne dla zdobycia obrazu postępu technologicznego jaki odbywa się w branży logistycznej, jednak nie powinno się mieszać informacji technicznych z ocenami, jeśli są one oparte wyłącznie na danych producenta przedstawianego rozwiązania.

Prawdą zapewne jest to, że:
Przedsiębiorstwa mogą teraz przetwarzać dane pozyskane za pomocą nośników RFID w konkretnych procesach biznesowych i zintegrować funkcjonalność systemów ERP i SCM z aplikacjami opartymi na technologii RFID”.

Jednak nie jest niczym uzasadniona opinia, że:
Jest to solidna infrastruktura przedsiębiorstwa dla technologii RFID, która umożliwia praktyczne wykorzystanie danych RFID w większej liczbie procesów i aplikacji niż w przypadku innych, pojedynczych rozwiązań dostępnych na rynku.

Nie ma też podstaw do twierdzenia, że:
Wszystko to w znacznym stopniu przyczyniło się do zwrotu z inwestycji poczynionych na rzecz technologii układów identyfikacji radiowej (RFID).
bo nie ma jeszcze wdrożeń, które by to umożliwiły.

Zaangażowanie po stronie oferenta technologii prowadzi do nadmiernego optymizmu słownego,
Zastosowane w projekcie układy identyfikacji radiowej tworzą łańcuch dostaw bardziej wydajniejszym i plastycznym.
bo nie wiadomo jak być "bardziej wydajniejszym" i czy to dobrze że łańcuch jest "plastyczny". 

Prowadzi to do głoszenia jawnej nieprawdy, że:
Wszystkie procesy łańcucha rozpoczynają się w centrum dystrybucji zlokalizowanym w Essen, a kończą w konkretnym sklepie.
Proces łańcucha - który nie może być tożsamy z procesem dostawy - musi zakończyć się w miejscu rozpoczęcia, żeby przynajmniej wiedzieć, że dostawa dotarła do miejsca przeznaczenia.

Prawda bowiem jest uboga:
W tym projekcie firma SAP odpowiadała za architekturę oprogramowania oraz za interfejs pomiędzy systemami pozyskiwania danych i systemami zewnętrznymi,
Jak widać rola oferenta nie obejmuje łańcucha dostaw, więc wszelkie obietnice są naciągane.

Tym bardziej, że jak na razie jest to tylko wiara:
Ze względu na wspólne cele i wiarę w doniosłość przedsięwzięcia, jakim jest rozwój technologii RFID,

Oferent bowiem realizuje projekty pilotażowe: 
zdobywając wiedzę o tym, jak technologia RFID może usprawnić integrację łańcucha dostaw oraz co jest potrzebne, by zapewnić jej sukces na rynku.

Dlatego zdanie końcowe można traktować jako wystawienie czeku bez pokrycia:
Poprzez ciągłe dostarczanie dokładnych, rzeczywistych i aktualnych danych oraz informacji rozwiązanie to umożliwia przedsiębiorstwom zamknięcie pętli obejmującej pozyskiwanie danych, ich konwersję na konkretne informacje oraz automatyzację wszystkich zintegrowanych transakcji i procesów.

Jak się bowiem okazuje przedsiębiorstwa muszą najważniejszą rzecz zrobić same:
Takie rozwiązanie pomoże przedsiębiorstwom w stworzeniu jeszcze bardziej inteligentnych i podatnych na zmiany procesów biznesowych, które będą realizowały wizję sieci logistycznych nowej generacji.

To zaś co mają zrobić jest wciąż na etapie wizji, skoro ma być „bardziej inteligentne” i „bardziej podatne na zmiany”. Zgodnie z potocznym określeniem inteligencji, bardziej inteligentny musi być mniej podatny na zmiany, bo żeby się samemu dopasowywać do otoczenia, trzeba być odpornym na dopasowywanie przez kogoś.

Domyślam się, że portal jest dofinansowywany przez oferentów rozmaitych technologii, ale musi też troszczyć się o interes czytelnika i nie wyprowadzać ich na manowce pustych obietnic. Śledząc bowiem literaturę - tę troszczącą się o czytelnika - można znaleźć coraz więcej wątpliwości*) odnośnie technologii RFID.

_________________________________________________________

*) np. Eva Wiland: RFID: Revolution in Logistics or BigBrother Technology? , CIO, 07/08/2005

30.06.2005
Wysłane do Autora
.



ad "Kiedy wymieniać urządzenia ?"

W numerze 11/2005 Gospodarki Materiałowej i Logistyki opublikowano artykuł pt. „Kiedy wymieniać urządzenia ?”, którego Autor Zdzisław Sarjusz-Wolski porusza bardzo ważne zagadnienie niezawodności urządzeń wykorzystywanych do realizacji procesów logistycznych.

Jednak sposób przedstawienia tego zagadnienia może budzić zastrzeżenia nie tylko ze względu na użycie żargonowego określenia „ulega zepsuciu” w odniesieniu do urządzeń technicznych. W treści artykułu pojawia się bowiem wzór na obliczenia liczby uszkodzonych lamp na podstawie liczby zamontowanych lamp i średniego czasu „życia” lampy.

Jeśli mianownik w tym wzorze ma oznaczać czas „życia”, a wynik dzielenia ma być liczbą lamp, to licznik we wzorze musi oznaczać czas. Może to być czas użytkowania lampy. Wtedy wynik dzielenia równy 298 można potraktować jako średnią liczbę wymienionych lamp w czasie 1000 przy braku wymian profilaktycznych.

rysunki do tekstu Podobnie można potraktować podane w artykule liczby wymienianych lamp przy założeniu profilaktycznych wymian po czasie k = 1, 2, 3, 4 lub 5. Dla każdej z tych strategii można obliczyć koszty, tak jak to zrobiono w artykule. Jednak wysnuty wniosek, ze najlepszą strategią jest przyjęcie k = 5 jest wątpliwy, po porównaniu uzyskanych kosztów dla różnych k. Dla k > 1 są one na tyle zbliżone do siebie, że preferowanie którejś z nich nie da się obronić. Ponadto dla k = 5 prawdopodobieństwo nieuszkodzenia lampy jest równe P5 = 0,15, co oznacza, że ta strategia może być stosowana, gdy nie tylko koszty uszkodzenia ale i sam fakt uszkodzenia nie są znaczące. Wystarczyłoby jednak, że koszty uszkodzenia byłyby 5-cio krotnie wyższe, a nastąpiłoby wyraźne zróżnicowanie poszczególnych strategii. Optymalną strategią byłoby wówczas przyjęcie k = 2, przy którym prawdopodobieństwo nieuszkodzenia lampy wzrosłoby do P2 = 0,99.

Jak więc widać wybór strategii silnie zależy od oszacowanych wartości prawdopodobieństwa i przyjętych kosztów niezdatności urządzenia. W praktyce można przy tym oczekiwać znacznie większych kosztów uszkodzenia niż 80 % kosztów nowego urządzenia, jak to przyjęto w artykule. Ze względu na to, że koszty uszkodzenia mogą silnie zależeć od innych zdarzeń towarzyszących uszkodzeniu, ważniejsze niż koszt użytkowania urządzenia może być utrzymanie określonego poziomu jego niezawodności.

Dlatego można zaproponować strategię wymian profilaktycznych umożliwiającą utrzymanie zadanego prawdopodobieństwa nieuszkodzenia w zadanym przedziale czasu pracy. Wg tej strategii w stałych odstępach czasu, równych np. zadanemu przedziałowi czasu pracy, dokonuje się sprawdzenia własności statystycznych urządzenia i dokonuje się wymiany profilaktycznej, jeśli oszacowane prawdopodobieństwo nieuszkodzenia w kolejnym przedziale będzie mniejsze od zadanej wartości.

W celu porównania tej strategii z zaproponowaną w artykule, przybliżono czas życia lampy rozkładem normalnym o parametrach odpowiadających danym z tabeli 1, czyli o wartości średniej równej 3,36 i odchyleniu standardowym równym 1,07. Ponieważ przy takich parametrach możliwe jest wygenerowanie liczby ujemnej z prawdopodobieństwem = 0,003, to w takim przypadku zamieniano ją na liczbę dodatnią. Wyniki symulacji komputerowych przedstawiono na rys. od 1 do 3.

Jak wynika z przedstawionych obliczeń, przy strategii zaproponowanej w artykule koszty rosną znacząco dopiero przy wymianach profilaktycznych wykonywanych co k = 1. Wraz z takim wzrostem kosztów uzyskuje się jednak znaczący przyrost niezawodności działania lampy, której czas między uszkodzeniami wynosi wówczas Tu = 100, przy średnim czasie do uszkodzenia wynoszącym Tśr = 3,36.

W przypadku wymian profilaktycznych mających na celu utrzymanie założonego poziomu niezawodności, to poziom P > 0,9 można uzyskać dopiero przy wymianach co k = 2 lub 1. Czas pomiędzy uszkodzeniami lampy wynosi wówczas Tu = 19,1. Jak też widać koszt zastosowania tej strategii jest porównywalny z kosztem zastosowania strategii zaproponowanej w artykule dla wszystkich k > 1. Zaletą jej jest jednak znajomość niezawodności urządzenia, co może odgrywać znaczącą rolę przy planowaniu przedsięwzięć logistycznych.

21.01.2006 wysłane do Redakcji czasopisma.
27.02.06 otrzymałem wiadomość, że polemika nie będzie opublikowana.
.



ad "Big ideas"

Dear Mr Peter Bartram

Thank you for your article „Big ideas” in Logistics Europe, may 2006. You have just written it when we discuss at the university about a role of graduated logistics students in firms they will be engaged after studying. They want to be logistics, but traditionally look for jobs that someone have prepared for them and use them to do it. This text help us to undercover a great role of logistics man in firms. If senior logistics are expected to give big ideas, so young logistics should start learn how to get them. You have pointed achievements of great inventors in organizing work of creative people. But at the beginning must be a young logistics, who wants to create the world by his or her own.

Thank you also for all yours previous comments, that you show a creativity aspect of being logistics. As it happens they appear always when I need such opinions in my lectures.

Please, send compliments to other columnists in Logistics Europe. I always read them very carefully.

29.06.2006 wysłane do Redakcji czasopisma, a po raz pierwszy już po 2 godzinach była odpowiedź.


Many thanks for your email regarding Peter Bartram’s column. As requested, I have forwarded your email on to him.

Kind regards,
Nick Allen
Editor
Logistics Europe


Thank you very much for your e-mail. It is good to know that my column in Logistics Europe is proving useful. If you would like to see more about my work, you can visit my website at www.newventurepublishing.co.uk

Kind regards,
Peter Bartram

Read the first chapter of Peter Bartram's new book "How to Write Well at Work" online at www.writewellatwork.co.uk


Errata

W numerze 4/2006 czasopisma Logistyka opublikowano artykuł pt. „Edukacja logistyczna - zmiany są konieczne” Daniela Chudzika. Autor stwierdził w nim, że "Bardzo często wiedza przekazywana studentom jest już tak stara, że można by ją wykorzystać wyłącznie do porównania i pokazania zmian zachodzących w gospodarce na przełomie kilku ostatnich lat."

Ponieważ artykuł może trafić do studentów, warto ich przestrzec, że zawiera wiadomości starsze niż sprzed "kilku ostatnich lat", więc nie wiadomo czy można je do czegoś wykorzystać.

  1. Podana w artykule definicja logistyki według Council of Logistics Management pochodzi z 1984 r. [patrz Dobrzyński M.: Logistyka. Instytut Zarządzania i Marketingu, Białystok 1999]
  2. Council of Logistics Management w 1997 r. zmieniła tę definicję na inną [patrz Rutkowski K.: Zarządzanie łańcuchem dostaw - próba sprecyzowania terminu i określenia związków z logistyką. Gospodarka Materiałowa i Logistyka, nr 12/2004]
  3. Council of Logistics Management w 2004 r. przypisała to określenie logistyki do zarządzania logistycznego
  4. Council of Logistics Management już nie istnieje bo 1.01.2005 przekształciła się w Council of Supply Chain Management Professionals [patrz www.cscmp.org]

22.07.2006, wysłane do redakcji czasopisma.
W odpowiedzi otrzymałem wiadomość, że powyższe uwagi zostały przesłane do Autora artykułu.
.




=> Teksty