©   Józef Okulewicz

Ubocznym efektem pisania o logistyce jest przyzwyczajenie, by dzielić się z innymi swoimi przmyśleniami.
Jak pokazało Internetowe doświadczenie, przekazanie tekstu na stronę www
uwalnia od nieodpartej konieczności myślenia o danym temacie.
Początkowy lęk przed tym co na to powiedzą inni znikł, gdy okazało się, że inni na ogół zachowują to dla siebie.
Pisanie zaś do Internetu jest o tyle lepsze od pisania na Berdyczów, że daje nadzieję,
a nuż może jednak ktoś kiedyś te teksty przeczyta i będzie miał z nich jakiś pożytek.

Śpiący Internet   ¤    Nieznane niewiadome   ¤    Bez dyskusji   ¤    Pożytek z systemów   ¤    Zdrada i prawda   ¤    Dystrybucja wiedzy   ¤    Współczesne niewolnictwo   ¤   

<<< Strona główna

wschód słońca nad chmurami

ŚPIĄCY INTERNET

Przeżywana ostatnio przygoda z wirusami w Internecie (wirus MyDoom w lutym 2004 r.) ma także swoje pozytywne oblicze. Na tle negatywnych zjawisk, o których pisano w prasie, a których doświadczali w mniejszej skali na co dzień zwyczajni użytkownicy Internetu, można odnaleźć iskierkę nadziei.

Mimo nieotwierania podejrzanych listów ze sławetnym załącznikiem, codziennie otrzymywałem raporty o znalezieniu wirusa w poczcie wysyłanej z mojego konta. Przeglądając adresy odbiorców moich domniemanych listów, dziwiłem się jak wielu ich jest.

Jeden aspekt zjawiska już jest znany. Sam komunikat z nieznanego systemu pocztowego, który strzegąc swoich użytkowników wyszukiwał wirusy w nadchodzącej poczcie i z jednej strony informował ich, że oczyścił adresowaną do nich przesyłkę z groźnego załącznika, a z drugiej informował o niewłaściwym załączniku nadawcę niebezpiecznego listu, jest zrozumiały. Nie wiem jednak czy wysłał go system prawdziwy czy imitowany przez wirusa, aby zachęcić mnie do zapoznania się z tym przesłanym załącznikiem.

Jest to zgodne z prawem przekazu internetowego, że nie wiem kto do mnie się zwraca. W tym przypadku jest to zachęta do uczynienia sobie czegoś złego, co przygotował autor przesłanego wirusa. Otwierając załącznik spełniłbym tym samym model zakodowany w ludzkiej świadomości, że po ożywieniu martwej materii możemy uzyskać tylko zło, tak jak w przypadku ożywionego kamienia Franków, czyli Frankenstein'a.

Pomysł, że nieożywiona materia miałaby ożyć w wyniku inicjatywy człowieka jest zupełnie irracjonalny. Jest próbą zanegowania przekonań nie tylko kreacjonistów ale i ewolucjonistów. Pierwsi negowaliby zamysł Stwórcy, który od początku wiedział co ma być żywe a co nie. Drudzy zaś negowaliby swój własny zamyśl, że powstali z nieożywionej materii, której zabrakłoby gdyby ją ożywić.

Oczekiwanie takie jest jednak wynikiem głęboko ukrytego podejrzenia, że świat nie ma być na wieki taki jaki jest. Możliwe, że istnienie ludzi w nieożywionym świecie, kryje w sobie tajny zamysł Stwórcy, aby człowiek ożywił ten drugi świat. Ma on swoje źródła w przekazie, że ten nasz świat zaczął się od nieposłuszeństwa wobec zamiarów Stwórcy, lecz wyniknąć z tego może wyłącznie coś złego. Jest więc z jednej strony pokusa by wnieść życie do nieożywionej materii, a z drugiej ostrzeżenie, że nic dobrego z tego nie wyniknie.

Można to potraktować jako świadectwo zniewolenia człowieka przez zastaną sytuację. Ale też może to być sugestia, by zmienić kierunek wysiłków człowieka i skierować je nie w stronę czegoś co nie jest jego dziełem lecz na coś innego, co choć nieożywione jest jednak jego dziełem. Takim czymś jest właśnie Internet.

To, że nie można rozpoznać nadawcy "emajlowanego" listu, to tylko jedno oblicze Internetu. Drugą niewiadomą jest to co się w nim znajduje. Z faktu jednak, że nie wiadomo jakie ma to znaczenie nie wynika, że nie jest to ciekawe i pożądane. Jest to też wplecione w naturę człowieka, że poza sobą szuka odpowiedzi na dręczące go pytania.

Na skutek tego Internet nie jest osamotniony w naszej cywilizacji. Przykuwa do siebie codziennie na długie godziny rzesze użytkowników, którzy tylko w nim - a przynajmniej głównie w nim - upatrują środek na zrealizowanie swego pomysłu na życie. Ich wysiłek współgra z własnościami Internetu.

Tak jak człowiek nie wie kto się do niego zwraca za pośrednictwem Internetu, tak i "obcujący" z nim człowiek może nie bać się o rozpoznanie swej tożsamości. Internet nie powie autorowi wysyłanego listu, że przedstawia w nim nieprawdziwy obraz siebie, że jego wyrażone w liście obietnice są bez pokrycia, że nadzieje jakie wiąże z wysyłanym listem nie są możliwe do spełnienia, itd. On przyjmuje człowieka takim jaki jest, a nawet takim jakim chciałby być i na serio traktuje wszystko co mu człowiek zawierza.

Zawierzenie listu Internetowi - który on doprowadzi do odbiorcy po znanej tylko jemu drodze - odrywa litery od sensu, jaki mu nadał nadawca. Dlatego też odbiorca tych zwierzeń nie może rozpoznać nadawcy i musi literalnie traktować to co otrzymuje. Zostaje mu tylko znaczenie zapisanych słów, którym nadaje sens według własnego rozumienia ich znaczenia.

Dziś ten sens polega na spełnieniu oczekiwania, że oto przychodzące z zewnątrz załączniki "nadają się do poznania wiedzy" [Ks.Rodz. 3:6]. Po otwarciu okazuje się - podobnie jak przed niewiadomo kiedy - że załącznik spowoduje np. sformatowanie dysku, uszkodzenie systemu operacyjnego, zniszczenie ważnych plików, a przynajmniej odczyta adresy z programu pocztowego i wyśle tam samego siebie.

Ludzkość jest ostrzegana przed takimi załącznikami docierającymi z otaczającego świata już w najstarszych przekazach, uznanych przez to za święte, czyli nie podlegające ludzkiej weryfikacji. Tym nie mniej otwieranie załączników trwa w najlepsze, jak pokazują kolejne "tragedie" wywoływane przez "zmyślne" wirusy.

Ma to swoje dobre strony. Ostudziło nadzieje, że przez Internet będzie można wkrótce wszystko przesłać, nie wyłączając energii elektrycznej. Może bowiem pojawić się wirus, który zablokuje skrzynkę pocztową - i co wtedy ?

Ale to atawistyczne oczekiwanie, że z Internetu przyjdzie coś dobrego, musi być zakorzenione w naturze człowieka na tyle głębiej, że nie sięgają do niego żadne ostrzeżenia. Wiadomo tylko, że oczekiwania te zwrócone w kierunku świata stworzonego inną ręką, zostały natychmiast skarcone.

Natomiast nadzieje zwrócone w kierunku Internetu nie napotykają na sprzeciw jego twórców. Nie tylko dlatego, że Internet dawno przerósł ich twórcze zamiary i sami nie bardzo wiedzą co jeszcze z niego wyrośnie. W związku z tym nie są w stanie nikogo przed nim ostrzegać. To jest cechą każdego dzieła ludzkiego, że jeżeli będzie w nim zawarty ten tajemniczy "pierwiastek życia", to będzie się rozwijać poza oczekiwania twórców, ku niepomiernej ich radości. Może właśnie kolejne fale destrukcji, zalewające miliony komputerów niechcianymi listami, są zwiastunami czegoś więcej niż dać może świat martwej materii, jeśli tylko będzie on dziełem ludzkim.

Każdy bowiem przekaz, że czegoś nie wolno wywołuje nie tylko bunt wobec tego kto zakaz ustanawia. Dziełem twórczym człowieka powinno być pytanie o to co wolno. Jest to pytanie o tyle właściwe, że nie musi być skierowane do autora zakazu, który może je uciąć krótkim ojcowskim "nie garb się". Jest to pytanie skierowane do tego, kto też wie co wolno, czyli do tego, kto sam też jest wolny.

Wiadomo, że pewne zakazy wobec Internetu wynikają z ograniczeń techniki. Nie wolno np. wysyłać listów jeśli nie ma się łącza z Internetem. Jeśli łącze jest, to wszystko wolno, na co zezwala sam użytkownik. Jeśli ma on uszy do słuchania to powinien wiedzieć, że nie wszystko co wolno, przynosi pożytek. Sygnałem braku pożytku z Internetu może być odłączenie konta przez moderatora lub zablokowanie skrzynki przez zdenerwowanych użytkowników. Jednak jego twórcy w tym nie uczestniczą.

Może zatem to, co przykuwa do Internetu poważną część ludzkiej populacji - poza tą częścią, która w tym samym czasie nie ma co jeść - to nie tylko oczekiwanie, na coś dobrego i złego jednocześnie, ale może na to, że sam z siebie umożliwi on oddzielenie dobrego od złego.

Pozornie jest to zupełna niedorzeczność, by oczekiwać od martwego systemu czegoś, co jest zasadniczym atrybutem człowieka, czyli mądrości. Nie zapominajmy jednak, że życie Internetu, to życie jego twórców i jego użytkowników. Dopóki oni żyją, to można od Internetu oczekiwać nawet i mądrości.

Słusznie bowiem niektóre firmy poszukują autora wirusa, wiedząc, że to nie Internet zablokował ich konta pocztowe. On tylko się przyczynił do tego, że zwykły program będący załącznikiem do listu wpuszczonego do jego pieleszy, powoduje takie skutki. Za tymi skutkami stoi jednak myśl autora, która ze względu na skutki, jakie ten załącznik wywołuje u ofiar wirusa, jest myślą destrukcyjną.

Mimo jednak tych kataklizmów cała społeczność Internetu - przykuwając wzrok do ekranów i ręce do klawiatur - omdlewa w oczekiwaniu na list od "mądrego" Internetu.

Przekroczenie jednak pierwszego prawa komunikacji internetowej - podpowiadające odbiorcy, że to co znalazł jest dla niego dobre - byłoby klęską Internetu i zakończeniem jego misji. Tak jak końcem misji biblijnego Raju była informacja, że zerwany owoc jest do czegoś dobry. Dziś można tylko snuć domysły, czy była szansa na uratowanie tej misji, gdyby drugi użytkownik Raju - aż 50 % załogi i nie mogło to być bez znaczenia - powstrzymałby się przed ta ułudą. Jednak uległ jej i przez to wiemy, że rozpoznawanie dobra jest domeną wyłącznie ludzkich kompetencji. Cedowanie tego na kogoś innego daje opłakane skutki.

Ale Internet daje jeszcze drugi "owoc", jakim jest nieokreśloność nadawcy listu. Uleganie nagminnie pokusie, że otrzymany załącznik jest dla odbiorcy dobry, jest nie tylko przejawem nagannego oczekiwania. Kryje się za nim także oczekiwanie, że za otrzymanym listem jest nadawca, który może być ważny dla odbiorcy. Jest to atawizm, który nie został przez nikogo potępiony.

Spełnienie tego oczekiwania może dać właśnie Internet - przy wykorzystaniu jakiegoś swojego użytkownika, którego znudzą psikusy ze szkodliwymi wirusami - co zrehabilitowałoby nadszarpnięty wizerunek tego dzieła XX w. w oczach spragnionych użytkowników.

Mógłby on bowiem rozpoznawać listy wysyłane przez użytkowników na podstawie znaczenia użytych w nich słów - bo sensu rozszyfrować nie jest w stanie - i odszukiwać w niezmierzonych swoich zasobach innych użytkowników, których znaczenie tej treści mogłoby zainteresować. Znów byłoby to rozpoznawane na podstawie znaczenia słów użytych w wysłanych komunikatach od tych użytkowników. W efekcie jedni użytkownicy otrzymywaliby - nadawane przez Internet - listy od innych użytkowników zainteresowanych podobną co oni tematyką. Niby to samo co dziś, a jak zasadniczo inaczej. Nie byłby to komunikat o wirusie załączonym do listu wysłanego do nie wiadomo kogo. Byłby to list - wysłany do obu zainteresowanych - że istnieje ktoś, kogo absorbują podobne tematy. Jak to wykorzystaliby zainteresowani, byłaby to ich sprawa.

Gdy to się stanie - po wstępnym okresie chaosu, związanym z zapełnianiem skrzynek pocztowych - spełnią się oczekiwania zniewolonych użytkowników Internetu. Przemówiłby on ludzkim głosem nie tylko w tym sensie, że tak jak dotąd zapraszałby do otwarcia załącznika, który wykasuje jakąś część dysku naiwnego odbiorcy. Byłby on ludzki w tym sensie, że przekazywałby wiadomość o innym człowieku posługującym się podobnymi słowami, a zatem - co byłoby do sprawdzenia - myślącego o podobnych zagadnieniach.

Byłoby to zatem nie tylko zapewnienie łączności, tak jak to mamy dzisiaj - kiedy to nie wiemy do czego ją wykorzystać - lecz byłoby to nawiązanie komunikacji, czyli przekazywanie myśli ważnych dla odbiorcy i nadawcy.

To zaś oznacza, że niespodzianki, jakie może przynieść Internet są jeszcze przed nami. Źródłem tych niespodzianek są oczywiście podobnie myślący ludzie, komunikujący się pomimo dzielących ich przestrzeni i czasu.

9.02.2004
Wysłane do czasopisma INTERNET



NIEZNANE NIEWIADOME

Najpierw Donald Rumsfeld na konferencji prasowej powiedział: „Reports that say that something hasn't happened are always interesting to me, because as we know, there are known knowns; there are things we know we know. We also know there are known unknowns; that is to say we know there are some things we do not know. But there are also unknown unknowns - the ones we don't know we don't know1). W efekcie otrzymał od organizacji Plain English Campaign (PEC) nagrodę dla osoby publicznej, której wypowiedź w roku 2003 wzbudziła największe zakłopotanie („most baffling remark”).

Felietonista czasopisma CXO2) zwrócił uwagę na jej fragment przetłumaczony następująco: „Są rzeczy o których wiemy, że wiemy. Są znane niewiadome, to znaczy , że są rzeczy, o których wiemy, że nic nie wiemy. Ale są również nieznane niewiadome - rzeczy o których nie wiemy, że o nich nie wiemy”.

Odniósł ten fragment do funkcji CXO i uznał sytuację związaną z tym, że są „nieznane niewiadome” jako najtrudniejszą. Oznacza ona, że są „informacje, o których przydatności do podejmowania decyzji decydenci nie wiedzą”. W efekcie „konsumujemy coraz więcej informacji w nadziei, że trafimy na te właśnie, „o której nie wiedzieliśmy, że nie wiemy”. Na skutek jednak coraz większej konsumpcji - ze względu chyba na coraz większe pragnienie tego co nie wiemy - „jesteśmy coraz miej uważni w słuchaniu, czytaniu, czy też obserwowaniu”. Sugerowałoby to, że to o czym nie wiemy, że nie wiemy, można poznać w wyniku właśnie wymienionych czynności. Jednak na skutek przeciążenia nadmiarem informacji „mamy mniejsze szanse na identyfikację informacji, o której nie wiedzieliśmy, że nie wiemy”.

Radą na to jest mądrość, gdyż „mądrością permanentnego informacyjnie CXO będzie znalezienie dróg do informacji „o których nie wiemy, że o ich nie wiemy” i nie stanie się technohokolikiem”. To słowo - które prawdopodobnie jest nowotworem wytworzonym przez chochlika drukarskiego - ma przypominać sytuację alkoholika, który nie rozpoznaje pitego wina, gdyż bez znaczenia jest mu co pije. „Zbyt intensywne poszukiwanie informacji „o której nie wiedzieliśmy, że nie wiemy”, utrudnia zapamiętywanie i wnioskowanie z poznanych uprzednio informacji.” Zatem „skuteczny CXO musi zbudować w tym zakresie skuteczny sposób pozyskiwania informacji „o której nie wiedział, że nie wie”. Nie ma jednak pewności, że jak już coś pozyska, to będzie wiedział co pozyskał.

Mimo tak daleko idących zaleceń jakie Felietonista wyprowadził z wypowiedzi, to jednak stwierdził, że „Rumsfeld wygrał nagrodę na najbardziej bezsensowną wypowiedź roku”.

Zupełnie inną opinię o nagrodzie przedstawił JKM3). Wypowiedź - wyróżnioną wg tłumaczenia „za najgłupszą wypowiedź roku3) - uznał za znakomitą, gdyż jest to „ujęta prostym językiem znana głęboka zasada filozoficzna”. W tym przypadku całą wypowiedź przetłumaczono następująco: „Informacje, z których wynika, że nic się nie dzieje, zawsze są dla mnie interesujące - ponieważ, jak wiemy, są rzeczy o których wiemy, że o nich wiemy; wiemy też, że są rzeczy nieznane - to znaczy rzeczy, o których wiemy, że nic o nich nie wiemy; ale są również nieznane niewiadome - to znaczy rzeczy, o których nie wiemy, że o nich nie wiemy.”. Zdaniem Autora „PEC dała tylko dowód swej głupoty i braku poczucia humoru”.

Jednak intencje PEC są jasne. Jest to wyraz troski o czystość języka angielskiego i nie tylko. Możliwe, że odpada im kłopot z tropieniem naleciałości z innych języków, gdyż cokolwiek nowego powstaje w ostatnich latach, to pojawia się najpierw w sferze używania języka angielskiego i od początku ma nazwę angielską. Nie muszą więc poszukiwać angielskiego odpowiednika nowych pojęć czy zjawisk. Kierują zatem swą troskę na to, co w języku jest najważniejsze, czyli wyrażanie myśli.

Wypowiedź Rumsfelda nadaje się do wyróżnienia właśnie z tego względu, choć faktycznie są w niej poruszone dwie kwestie o wielkiej wadze.

Jedna dotyczy tego, że wiadomości o czymś co się nie zdarzyło są także wiadomościami, które trzeba traktować na serio. Za drugą zaś kryje się - tak jak to stwierdził JKM - „głęboka zasada filozoficzna”. Jej głębia może zaskoczyć kogoś, kto przysłuchując się wypowiedziom polityków przywykł już do ich płytkości, robiącej wrażenie tylko na demokratycznej większości.

Lecz w swej istocie ta zasada filozoficzna jest prosta i sprowadza się do tego, by mając jakąś kategorię, np. „wiedzieć”, rozpatrywać także jej negację tzn. „nie wiedzieć”. Robić zaś to należy w aspekcie podmiotu i przedmiotu, a każdą z powstałych możliwości traktować równie poważnie. Nie można przy tym jednak zapominać o skutkach jakie przynosi dialektyczne widzenie rzeczywistości.

Obie te sprawy w opinii anglojęzycznych słuchaczy są istotne, a osoba zajmująca się nimi zasługuje na publiczną uwagę. Problematyczne i budzące zakłopotanie jest użycie pomiędzy nimi łącznika „because”, tzn. „ponieważ”.

Wiązanie bowiem tych dwóch kwestii na zasadzie wynikania, może być tylko uzasadnione na gruncie logiki, gdzie zdanie jest prawdziwe nie tylko wtedy gdy z fałszu wynika prawda, ale również wtedy gdy z prawdy wynika prawda. W rozpatrywanym przypadku jednak wynikanie jest takie jak np. z tego, że cukier jest słodki wynika, że lubię muzykę poważną. Oba składniki zdania mogą być prawdziwe i przez to implikacja jest prawdziwa. Jednak osoba publiczna posługująca się takimi implikacjami budzi zakłopotanie.

Wyróżnianie takich wypowiedzi jest wyrazem troski o jakość języka - przez co język angielski może pretendować do bycia językiem światowym - gdyż zwraca uwagę na rzecz najważniejszą. Oprócz bowiem prawdziwości zdania - rozpoznawanej na podstawie znajomości znaczenia użytych słów - ważny jest jego sens.

PEC staje więc na straży tego, by w obszarze języka angielskiego napiętnować zdania prawdziwe lecz pozbawione sensu. Oznacza to, że nie wszystko co można zbudować za pomocą słów angielskich, jest zdaniem w języku angielskim, gdyż może wzbudzić zakłopotanie u tych co posługują się tym językiem.

Wprowadzenie podobnego wyróżnienia w obszarze stosowania języka polskiego prawdopodobnie nie powiodłoby się. Na przeszkodzie stoi m.in. nie tylko to, że na serio rozważa się wnioski płynące z wypowiedzi uznanej za bezsensowną - przy czym przyjmuje się, że to o czym nawet „nie wiemy, że nie wiemy” jest „informacją” i podlega identyfikacji podczas słuchania, czytania, czy też obserwowania - ale także i to, że docenia się głębię w rozłącznych składnikach wypowiedzi, pomijając sens całości.

_________________________________________________________

1) www.guardian.co.uk/usa/story/0,12271,1097856,00.html

2) O wyższości Rumsfelda nad Schwarceneggerem, CXO, luty 2004.

3) Co jest głupie dla lewicy, Najwyższy Czas, 51-52/2003.

14.02.2004

P.S. Prawdopodobnym źródłem tej kłopotliwej wypowiedzi są obawy jakie wzbudzają owe „nieznane niewiadome”, o czym nawet „nie wiemy, że nie wiemy”. Dlatego jakakolwiek wiadomość - nawet, że coś się nie zdarzyło (jeszcze) - jest tak interesująca. Jednak od osoby na stanowisku nie tylko oczekuje się wiedzenia, ale też innego sposobu dowiadywania się. Wiadomość, że coś się nie zdarzyło może być skutkiem tego, że ktoś nie umiał się dowiedzieć, przez co osiąga się - pominięty w wypowiedzi - stan, że nie wie się o czymś co wiedzieć się powinno, bo isnieją także „nieznane wiadome” („unknown knowns”). Obszar ten jest ulubionym miejscem działania prasy. (20.02.2004)



BEZ DYSKUSJI

Instytut Zarzadzania rozesłał 24 marca na znane sobie adresy, list zachęcający do wzięcia udzialu w dyskusji "na wortalu strategie.info.pl forum dla menedzerow - Klub Strategie". Żeby - jak to określono - "tchnąć życie w forum" zaproponowano trzy tematy do dyskusji ze wstępnie określonymi problemami, z zapytaniem "Co o tym myslicie? "

Na znanych mi portalach dotyczących logistyki dawno już utworzono fora dyskusyjne. Ponieważ uwazam, że dyskusje powinny się toczyć, brałem udzial w rozmaitych dyskusjach, lecz zwykle pozostawałem jedynym dyskutantem. Zarazem jednak stałem się w ten sposób uczestnikiem bezowocnych wysiłków różnych środowisk logistyków by zainicjować dyskusję na forum Internetu na jakikolwiek temat.

Ta bezowocność mogłaby już stać się przedmiotem badań socjologicznych, gdyby ktokolwiek wierzył jeszcze w przydatność takich badań. Tym niemniej kolejna taka próba sugeruje, że może takie badania przeprowadzono we własnym zakresie i uzyskano wyjaśnienie, które zapewne skłoniło do podjęcia tej próby. Prawdopodobnie jednak za kilka dni okaże się, że była to kolejna pomyłka, poszerzająca przy okazji obszar znanych przyczyn, dla których brakuje dyskusji w wymienionych środowiskach.

Wydawałoby się, że postawienie kilku konkretnych tematów z kontrowersyjnymi z założenia tezami, powinno zainicjować wymianę zdań, która wzbogaciłaby nie tylko uczestników ale też obserwatorów. Gdyby taki zamysł się powiódł, to by znaczyło, że dobrano właściwy temat, właściwą formę, właściwą porę, właściwy poziom, itp. co spowodowało, że klienci, jakimi są poszczególne osoby ze środowiska logistyków czy menadżerów zaakceptowały dostarczony "towar".

Czy jednak jest to możliwe ? Czy są oznaki, że ktoś zamówił podobny "towar" i nań oczekuje ?

Niestety nie ma powodu by tak sądzić, bowiem członkowie tych społeczności mogą sobie nawzajem przekazać co najwyżej własne doświadczenia, widziane z lokalnej perspektywy. Doświadczenia te same w sobie może są i bezcenne. Gdyby zgromadzić ich więcej i poddać metodycznej analizie, to może mogłyby mieć jakąś uniwersalną wartość. Jeszcze kilka lat temu jakiś "guru" mógłby na bazie tak zbudowanej "teorii" zaciekawić słuchaczy.

Jednak dzisiejsi praktycy przekonali się już, że ani taka teoria, ani czyjeś doświadczenie praktyczne na niewiele się zdaje w ich konkretnej sytuacji. Jeśli już potrzebowaliby jakiejś teorii to takiej, z której mogliby tworzyć rozwiązania dla własnych zadań, nie mówiąc jednak nikomu jakie to zadania i problemy.

Dlatego można przyjąć, że tak jak nie ma tzw. "rzeczy samej w sobie", tak nie ma ani takiego doświadczenia ani takiej teorii wynikającej ze zbioru doświadczeń, które byłyby pożyteczne dla innych. Stanowi to przesłankę by spodziewać się fiaska próby pobudzenia dyskusji na tematy cudzych doświadczeń. Przejawy tego będą inne w odniesieniu do poszczególnych z zaproponowanych tematów.

TEMAT 1: Planowanie i kontrola

~ o ~

Nerwica outsourcingowa Jesli nie jest to niedyskretne pytanie, to czy poslugujecie sie w waszych firmach outsourcingiem na duza skale? Moj znajomek szefujacy dosc duzej organizacji zwykla mawiac: „Ja nie „autsorsuje” - do tego to trzeba miec mocne nerwy”:) Spotkaliscie sie z nerwica outsourcingowa przejawiajacej sie w chorobliwym (nie mylic z rozsadnym) kontrolowaniem outsourcingowego partnera? Czy mozna tej nerwicy waszym zdaniem jakos skutecznie zapobiegac? A moze lepiej na nia zapasc niz ponosic gorsze konsekwencje?

Jeśli nerwica, to by znaczyło, że jest to nieuświadomiony przymus działania. Nie musi to mieć związku z "autsorsingiem", tylko z sytuacją, w jakiej znalazł się menadżer. To co się wokół niego dzieje nie jest jego dziełem, choć za skutki tych zdarzeń ponosi on odpowiedzialność. Dlatego najpierw należałoby wyjaśnić dlaczego tak się stało. W każdym jednak z przypadków przyczyny będą inne. Kto jednak z menadżerów podda się publicznie takiej wiwisekcji wiedząc, że z konieczności będzie to sąd nad nim a nie nad problemem ?

TEMAT 2: Project Management

~ oo ~

Ryzyko w projekcie Czesto spotykam sie z opinia, w rodzaju „nastawienie organizacji na projektowy tryb pracy to calkiem sympatyczna rzecz, gdyby jeszcze to ryzyko bylo mniejsze...” Czy zgadzacie sie ze zarzadzanie poprzez projekty ma w sobie wiecej elementow ryzykownych niz inne modele?

Ważniejsze byłoby pytanie kogo może interesować odpowiedź na pytanie czy zastosowany wobec niego model jest lepszy czy gorszy od innych modeli ? Taki ktoś byłby przecież traktowany jako przedmiot eksperymentów z modelami. Oczekiwanie od niego dyskutowania nad tymi eksperymentami, byłoby rodzajem perwersji.

TEMAT 3: Zarzadzanie strategiczne

~ ooo ~

Czy warto sie rozciagac? Patrzac ostatnio na poczynania jednego z lokalnych producentow branzy FMCG zaczalem sie zastanawiac: czy warto sie rozciagac? :) Mam na mysli wlasciwie stare pytanie: czy lepiej byc pierwszym na prowincji czy drugim w Rzymie? Lub tez: kiedy szturmowac Rzym? Zasadniczo sa dwie najbardziej wyraziste sciezki: Albo firma buduje swa pozycje w „lokalnym” obszarze i gdy widac, ze jest bardzo mocna wychodzi na szersze wody, albo zaczyna wyciagac rece po rynki na wiekszym terytorium zanim jeszcze jest wystarczajaco silna aby walczyc „na 100%” o pozycje firmy o zasiegu ponad lokalnym - rozciaga sie, rozciaga i... I nic tu nie jest proste. Bo albo peknie i wycofa sie do swojego podworka (lub co gorsza rozsypie sie zupelnie) albo przegapi szanse przesypiajac ja w swoim lokalnym mateczniku.

Na postawione pytanie odpowiedź może być tylko jedna, tzn. w zależności od konkretnej sytuacji warto albo nie warto. Ponadto, gdyby dokładnie poznać tę konkretną sytuację, to ktoś jeden odpowiedziałby "warto", a ktoś inny odpowiedziałby "nie warto". Gdyby następnie podjąć próbę sprawdzenia każdej z tych odpowiedzi, to okazałoby się, że każdemu z nich mogłoby się udać albo nie. Z całej zaś tej analizy oczywiście nic by nie wynikało dla kogoś innego znajdującego się w podobnej sytuacji.

26.03.2004

P.S.1. Dyskusja już się toczy - choć bez specjalnego impetu - i jej owoce można obserwować na stronie strategie.info.pl.

P.S.2. Na początku lipca pojawił się na wortalu artykuł pt. "Jak organizacja może się uczyć?". Jednak moje zastrzeżenie co do jego treści nie ukazały się. Sprawa zaś dotyczyła rozumienia wiedzy, którą Autor określa w sąsiednich zdaniach następująco:
"Wykorzystanie wzorów w danym kontekście w celu osiągnięcia zaplanowanych efektów jest wiedzą.
Wiedzą można nazwać w trzystopniowej hierarchii, instynkty, idee, przepisy, procedury, które umożliwiają działanie i podejmowanie decyzji.
"
Stąd były moje pytania, które pozostaną bez odpowiedzi:

"Jak pogodzić to, że w świetle tego artykułu, wiedza jest zarazem czynnością ("wykorzystanie wzorów") jak i obiektem (zbiór obejmujący "instynkty, idee, przepisy, procedury").
Dlaczego do badań naukowych wprowadza się pozanaukowe objawienia "guru" ?
Jak można zdobywać wiedzę wyłącznie na bazie faktów, czyli odpowiedzi na pytanie "Co ?" ?
Dlaczego pominięto ważny wynik refleksji, odpowiadający na pytanie "Jakie ?" ?"

Podobnie niepowodzeniem skończyła się moja próba wysłania wypowiedzi na zainicjowany temat "Myślenie systemowe...,"
W zapytaniu chodzi o "prosty "przepis" na wdrożenie/wymuszenie myślenia systemowego w firmie", która funkcjonowała bez tego przez co najmniej "12 lat" mimo, że "decyzje podejmowane są bez zastanowienia się nad ich wpływem na rozmaite inne procesy w przedsiębiorstwie".

"To by dowodziło, że inne myślenie w tej firmie nie jest potrzebne. Decyzje są zapewne podejmowane ze względu na ich wpływ na wynik działania firmy. Borykanie zaś może być skutkiem tego, że rozmaite inne procesy są tak ustawione, że albo wchodzą w kolizję z decyzjami albo są realizowane bez uwzględniania konieczności podejmowania decyzji.
Np. zachodzi wyraźna sprzeczność pomiędzy decyzją by coś zrobić a procesem wychodzenia na papieroska. W takiej sytuacji decyzja może być podjęta systemowo, tzn. z uwzględnieniem jej wpływu na ten proces. Jednak można też podejmować ją bez zastanowienia się nad jej wpływem na ten proces, a sam proces czym prędzej poddać reengineering-owi.
Procesy bowiem nie są świętością, którą trzeba brać pod uwagę, a jedynie skutkiem działania firmy. Działanie zaś powinno uwzględniać to, że w firmie są - bo muszą być - podejmowane decyzje. Podejmowanie decyzji ze względu na wewnętrzne procesy ma sens, szczególnie tam gdzie załoga pojmuje swój interes inaczej niż decydenci. Jednak - parafrazując znane powiedzenie - powstaje dylemat: decyzje dla procesów czy procesy dla decyzji.
W firmie intuicyjnie wiedzą w jaką pułapkę wpadną opierając swe decyzje na potocznie rozumianym myśleniu systemowym uwzględniającym procesy.
Przepis zaś na wymuszenie czegoś w firmie jest prosty. Warto jednak wziąć pod uwagę jakie owoce przyniosło 45-letnie wymuszanie w firmie "Polska".

Pozostaje mieć nadzieję, że znajdą się nie tylko autorzy wypowiedzi ale i dyskutanci, dla których wystarczającą zachętą do udziału w dyskusji będzie spełnianie oczekiwań animatorów dyskusji i możliwość uzyskiwania "właściwych" odpowiedzi.

Gdy prawa tradycyjnych środków przekazu sięgają również Internetu w wydaniu moderowanym, to za tym idą i skutki.

9,16.07.2004



POŻYTEK Z SYSTEMÓW

Współcześnie mamy do czynienia z systemami, które choć powstały dla zrealizowania określonej funkcji, umożliwiają także realizacje funkcji nieznanych w chwili projektowania tych systemów. Powszechnie znanymi systemami tego typu są Internet i GPS.

Internet powstał jako system do przesyłania wiadomości. "Z technicznego punktu widzenia jest to wielodostępna sieć komunikacyjna, w której zniszczony kanał komunikacyjny jest zastępowany innym. Ze względu na takie założenia, w sieci tej droga przekazu nie jest znana, a dobierana w zależności od potrzeb i możliwości. Ponadto godzono się, że w tym nowym środku przekazu wystąpi nieznane opóźnienie w przekazywaniu wiadomości. Z tego względu po pierwsze nadawca nie wie jakim kanałem będzie przesyłana jego wiadomość, bo "wie" o tym sieć, a po drugie wiadomość musi być przechowywana w sieci, aby nie zaginęła w czasie wyszukiwania kanału zastępczego. [...] Świadome wykorzystanie tych "naturalnych" własności sieci do przechowywania wiadomości w postaci witryn internetowych, aby umożliwić odbiorcy znalezienie do nich dostępu, było już tylko kwestią czasu."1)

W efekcie rozwoju Internet stał się także systemem do prezentowania stron WWW, która to możliwość została zainstalowana w systemie zupełnie w innym celu. Dowodem na to może być to, że umieszczanie witryny jest realizowane w zupełnie inny sposób niż przesyłanie wiadomości. W przypadku witryny jest to klasyczny transfer plików, konieczny w systemie ze względu na jego zdalne monitorowanie. Nie widać przy tym zasadniczych przeszkód, by strona WWW była zwykłym listem do serwera, który udostępniałby ją następnie jako wiadomość dla dowolnych użytkowników systemu. Tym bardziej, że współczesna wiadomość - choć nadal jest przesyłana specjalnie opracowanym dla wiadomości protokołem - upodobniła się zupełnie do strony WWW.

W przypadku GPS funkcje były równie jednoznacznie określone. Chodziło o dostarczenie wojskowym możliwości dokładnego lokalizowania obiektów na obszarze całego świata. Przy okazji udostępniono taką usługę cywilom, obarczając ją jednak - ze zrozumiałych względów - świadomie wprowadzonym błędem. Świadectwem jakości wprowadzonego rozgraniczenia sfery cywilnej - obarczonej błędem - od dokładnej sfery wojskowej, mogą być różne klucze do rozpoznawania satelitów.

Dla celów cywilnych zastosowano klucz o długości 1023 bity, który jest powtarzany przez satelity co ok. 1 sek. Natomiast cały klucz dla celów wojskowych jest tak długi, że transmitowanie go z prędkości 10,23 mln bitów na sek. trwa 267 dni,2) czyli 23 068 800 sek. Złamanie takiego klucza metodami tradycyjnymi słusznie wydaje się niemożliwe i chyba nikt tego nie próbował.

Mimo takiej ochrony 1.05.2004 r. zrezygnowano z celowego zniekształcania sygnału2), przez co znacznie wzrosła dokładność lokalizacji dla potrzeb cywilnych.

Powodem tego mogło być to, że ponieważ zastosowana bariera była tak wysoka, to zamiast ją przełamywać, łatwiej było znaleźć obejście. Jednym było zastosowanie stacji referencyjnej do usunięcia wprowadzonego błędu i poprawianie w ten sposób dokładności pomiaru. Drugi sposób obejścia polegał na wykorzystaniu własności systemu, o których gdyby wiedziano przy tworzeniu systemu GPS, to użytoby inne zabezpieczenie sygnału dokładnego.

Zastosowane bowiem zniekształcenie polegało na losowym zmienianiu informacji o położeniu satelity i informacji o czasie, zawartych w emitowanym sygnale. W ten sposób pomiar położenia obiektu dokonywany na podstawie odebranych sygnałów - dostępnych dla użytkowników cywilnych - był obarczony tym sztucznym błędem. To fałszowanie sygnałów wprowadzało w błąd użytkowników dopóty aż zorientowano się, że dla poprawnego funkcjonowania tego systemu, jest konieczne zachowanie znanej orbity satelity, aby nie doszło do dezintegracji systemu.

Mimo zatem podawania fałszywej informacji o czasie i położeniu satelity, jego faktyczne położenie nie mogło ulegać zmianie. Dzięki temu np. liczba długości fal pomiędzy satelitą a odbiornikiem była cały czas proporcjonalna do odległości pomiędzy tymi dwoma obiektami. Wystarczyło zatem mierzyć przesunięcie fazowe sygnału by dokładnie określić tę odległość bez zwracania uwagi na treść wysyłanych sygnałów2).

Na skutek zastosowania tego odkrycia, zakłócanie sygnału przeznaczonego dla nieuprawnionych odbiorców stało się działaniem pozbawionym sensu. Tym samym potwierdzono, że wysiłek na wprowadzenie bardzo złożonej identyfikacji satelitów dla uprawnionych odbiorców, okazał się chybiony w sensie postawionego celu, jakim była ochrona systemu przed nieuprawnionym dostępem.

W następstwie tego należy oczekiwać albo zlikwidowania nieuprawnionego dostępu do satelitów dla użytkowników cywilnych albo nowego systemu zabezpieczeń, gdyż zagrożenia jakie może stwarzać niewłaściwe wykorzystanie dokładnej lokalizacji obiektów są łatwe do przewidzenia. W planowanym systemie Galileo - jako europejskim odpowiedniku GPS - nie przewiduje się zniekształcania sygnału satelity, w nieszyfrowanym serwisie otwartym.2) Jednak decyzję o utworzeniu tego systemu podjęto zaledwie w 6 miesięcy po prawdopodobnym wykorzystaniu GPS do celów terrorystycznych. Po fiasku zniekształcania sygnału satelity, raczej wcześniej niż później stanie kwestia wykorzystywania dorobku cywilizacji dla celów destrukcyjnych, bez ponoszenia kosztów na rozwój infrastruktury technicznej. Zbyt poważne bowiem mogą być następstwa funkcjonowania systemu, którego znaczna część - odbiorniki - nie jest dostępna.

Na przykładzie tych dwóch systemów można obserwować ujawnianie się ogólnych własności systemów i wyraźne już rozróżnienie dwóch klas systemów. Jedna - podlegająca tradycyjnej teorii systemów - opiera tworzenie systemów na znajomości celu - lub inaczej funkcji systemu - któremu są podporządkowane elementy i relacje nowego systemu.3) Druga klasa systemów - dla których nie ma jeszcze odpowiedniej teorii - bazuje na utworzeniu za pomocą elementów i relacji, jedynie możliwości realizowania funkcji poznanych dopiero w przyszłości.

Składniki takiego systemu charakteryzują się jedynie zdolnością do osiągania celów określanych dopiero w przyszłości. W chwili powstania, taki system realizuje pewien zakres funkcji, które są jedynie pretekstem do utworzenia danego systemu. Jak wskazuje dotychczasowe doświadczenie, możliwość zrealizowania takich nowych, nieznanych początkowo funkcji jest jak dotąd mimowolnym i ubocznym efektem tworzenia systemów i wykorzystania ich nieznanego potencjału. Ponieważ pożytek z takich systemów jest większy niż z systemów klasycznych, to w przyszłości powinny one powstawać z większym udziałem świadomości, aby przynajmniej unikać związanych z tym niebezpieczeństw.

_________________________________________________________

1) Prawa przekazu internetowego

2) Narkiewicz J.: GPS - Globalny System Pozycyjny, WKŁ Warszawa 2003

3) Prosto do celu

19-22.04.2004



ZDRADA I PRAWDA

Przed laty toczyła się na łamach Najwyższego Czasu dyskusja na temat oceny czynu Płk. Kuklińskiego. Wreszcie Janusz Korwin-Mikke (JKM) podał, że Płk. Kuklińskiego skazałby za zdradę na karę śmierci i wyrok wykonał, a na grobie złożyłby kwiaty, bo skazany był porządnym człowiekiem. Na taki argument wysłałem (25.11.1997) list do JKM:

W związku z uporczywym oskarżaniem Pana pułkownika Ryszarda Kuklińskiego o zdradę przesyłam Panu poniższe uwagi.

Nie można lepiej wykazać nieadekwatności argumentacji w Pańskim felietonie niz. zrobił to Pan Aleksander Milewski w liście do redakcji (NCz 46, 1997).

Nadal stosuje Pana zasadę "zawężania kontekstu" aby w sposób dowolny wykazywać ... ( właśnie co ?). W poszukiwaniu prawdy należy stosować maksymalne "poszerzanie kontekstu", tak aby głoszona prawda była [mogła być] powszechna.

Proszę zauważyć, że wszyscy jesteśmy Osobami wolnymi. Wszelkie więzy przyjmujemy [na siebie] dobrowolnie. Przysięga jest zewnętrznym wyrazem ofiarowania się jednej Osoby drugiej Osobie. Człowiek dając siebie [w przysiędze] nie pozbawia się [jednak] własności siebie, więc może zabrać z powrotem ten dar kiedy zechce.

Żadna Osoba nie jest godna takiej ofiary. Dlatego powinna przyjmować przysięgę jako zobowiązanie siebie do tego, że będzie się starać zasłużyć na nią. Jednocześnie przysięga daje Osobie przysięgającej prawo do oceny stopnia zasługiwania na taką ofiarę.

Zerwanie przysięgi może być potępione tylko wtedy jeśli Osoba, której przysięgano, nie zmieniła się na gorsze od czasu złożenia przysięgi. To powinno być wykazywane w trakcie ewentualnego procesu.

Z tego wynika, że nic nie daje podstaw do traktowania Osoby przysięgającej jak niewolnika, który podlega jakimś sankcjom za zerwanie przysięgi. Fakt złożenia przysięgi nie stanowi argumentu w oskarżeniu. Stwierdzenie "Przecież złożył przysięgę ..." nie ma wartości dowodowej.

Przykładem zastosowania powyższego rozumowania jest kodeks honorowy, gdzie jest jasno napisane, że za dany czyn nie każdemu należy się satysfakcja gdyż może nie być jej godzien.

Ponieważ darzę Pana szacunkiem i wiem, że nie grozi mi z Pana strony żadne niebezpieczeństwo, informuje Pana, że zaprzestaję czytania Pańskich felietonów, gdyż nie służą prawdzie a jedynie intelektualnej igraszce. W innym przypadku zrobiłbym to w tajemnicy.

Wysyłam ten list mimo, że nie odpowiada Pan na listy internetowe, a potępia jednocześnie innych za to, że nie odpisują na takie listy.

List oczywiście pozostał bez odpowiedzi.

Gdy w 2004 roku Płk. Kukliński zmarł, NCz nie poświęcił temu żadnego komentarza. Na protesty czytelników JKM odpowiedział, że przed kilku laty ustalono na łamach, że był zdrajcą, więc nie ma co omawiać. W odpowiedzi na to nadszedł opublikowany list czytelnika (nr 11, 13 marca 2004):

W ostatnim numerze (28 lutego 2004) WCzc. JKM na str. IV pisze: „... zdjąłem artykuł p. Płużańskiego ...” = autocenzura = niezły powód do dumy. I dalej (o płk. Kuklińskim): „... zdrajcą był (bo zdradził) ...”. Pytam się tedy uprzejmie - KOGO ? (OKUPANTA?). M.Ciechanowski

Pod listem była odpowiedz od JKM:
Ja nie pytam, KOGO zdradził - tylko: CZY zdradził. A z tego numeru zdjąłem np. tekst wychwalający demokratyzację Iraku. Ludzie nie po to płacą 4.50, by czytać w NCz!” to samo, co w innych pismach.

W reakcji na to wysłałem dwa listy do Redakcji:

List 1:
Nie pytam
Nie pytam KOGO zdradził, lecz CZY zdradził.
Nie pytam CO zrobił, lecz CZY zrobił
Nie pytam CO myślał, lecz CZY myślał
Nie pytam KIM jest, lecz CZY jest

Nawet więcej:
Nie pytam KOGO masz cudzego, lecz CZY masz.
Nie pytam CZYJE imię bierzesz nadaremno, lecz CZY bierzesz.
Nie pytam JAKI dzień święcisz, lecz CZY święcisz.
Nie pytam KOGO czcisz, lecz CZY czcisz.
Nie pytam KOGO zabijasz, lecz CZY zabijasz.
Nie pytam Z KIM cudzołożysz, lecz CZY cudzołożysz.
Nie pytam KOGO okradasz, lecz CZY kradniesz.
Nie pytam przeciw KOMU mówisz fałszywe świadectwo, lecz CZY mówisz.
Nie pytam KOGO pożądasz, lecz CZY pożądasz.
Nie pytam CO pożądasz, lecz CZY pożądasz.

Oznaczałoby to, że czyny człowieka można byłoby oceniać w relacji do niego samego. Nie byłoby ważne w jakie relacje i z kim wchodzi, lecz to czy wchodzi.
Jak jednak stwierdzić czy wchodzi w relacje, jeśli nie pytam z kim są te relacje ?
Jak oceniać człowieka nie pytając o drugi argument relacji dwuargumentowej stanowiącej kryterium oceny ?

P.S.1. Nie po to płacę 4.50 by kupować też inne pisma po to, by móc czytać to czego nie piszecie, bo uważacie, że piszą o tym inne pisma.

P.S.2. Nareszcie wiadomo, że nazwisk nie tłumaczy się, bo dotyczą rodu, a imiona można tłumaczyć, bo dotyczą tylko przedstawiciela rodu. Z tego wniosek, że szanuje się wolę osoby gdy nadaje ona nazwę swojemu rodowi, a można jej wolę lekceważyć gdy nadaje sobie nazwę indywidualną w ramach tego rodu.

List 2:
Jeśli nie jest ważne KOGO lecz ważne jest CZY zdradził, to czy można skazać na śmierć (potem wykonać wyrok i ewentualnie położyć na grobie skazańca kwiaty, bo był porządnym człowiekiem) kogoś, kto przyzna się do zdrady lecz nie powie KOGO zdradził ?

PS. Nie pytam na KOGO głosować w wyborach do Senatu, tylko CZY głosować.

Z tego w nr 12 z 20 marca 2004 opublikowano fragmenty zaznaczone na niebiesko pt. "Zdrajca in abstracto", wraz z odpowiedzią od JKM:

Raczej trudno. Tak samo jak trudno powiesić kogoś, kto zabił - nie wiedząc kogo zabił ... Ale po wykryciu wiesza się niezależnie od tożsamości ofiary. (2) Nie: Pańscy rodzice nadali Panu imię od św. Józefa - i przedstawiając Pana po angielsku per „Joseph”, spełniam właśnie ich wolę.

Jak więc widać dojście do prawdy i wytrwanie przy niej może być kwestią argumentów jakie się samemu dobierze by siebie do niej przekonać. To co mówią inni można traktować wybiórczo.

W toczonych zaś ostatnio dyskusjach nad filmem „PASJA” pomija się sposób odpowiedzi na pytanie „Cóż to jest prawda ?”, zaproponowany przez Mela Gibsona. A chyba nie ma lepszej odpowiedzi na to zadane przed dwoma tysiącami lat pytanie i pozostawione wówczas bez odpowiedzi.

24.04.2004



DYSTRYBUCJA WIEDZY

Pułapka lingwistyczna działa nadal. Po zakorzenieniu się terminów typu "zarządzanie łańcuchem dostaw" czy "zarządzanie jakością" upowszechnia się termin "zarządzanie wiedzą", jako odpowiednik anglojęzycznego terminu "knowledge management".

Może to być poniekąd skutkiem tego, że w języku polskim określa się wiedzę jako "ogół wiadomości, umiejętności w jakiejś dziedzinie zdobytych dzięki uczeniu się".1) Będąca prawdopodobnie pokłosiem tego koncepcja by wiedzę gromadzić i dostarczać decydentom po to by mogli podejmować optymalne decyzje niesie ze sobą niebezpieczeństwa, które były przez lata doświadczeniem pokoleń. Nie przeszły one jeszcze zupełnie do historii i tamte czasy powinni pamiętać przynajmniej niektórzy z dzisiejszych decydentów i ich informatycznych wspomagaczy. Minęło dopiero zaledwie kilkanaście lat jak skończyło się sterowanie z ul. Mysiej, tym co nie tylko można ale i trzeba było wiedzieć.

Na wspominkowym spotkaniu poświęconym STS-owi2) - relacjonowanym niedawno w telewizji publicznej - Stanisław Tym ujawnił kulisy powstania popularnej wówczas (1963 r.) piosenki "Okularnicy". Gdy w ostatniej zwrotce "okularnik" z "okularnicą" "z dyplomami już w kieszeni" mieli "w dalekim jakimś mieście" zarabiać z woli autorów po "tysiąc dwieście", cenzor zaingerował i wymusił na autorach piosenki "podwyżkę" dla absolwentów uczelni. W efekcie tej łaskawości - po wspólnym z cenzorem zredagowaniu zwrotki - śpiewano o tym jak to "wiążą koniec z końcem za te polskie dwa tysiące. I te pe, i te de, i te de .....", mając jednak do wiązania znacznie mniej.3)

To jest przykład "zarządzania wiedzą" w czystej postaci. Nie tylko wiedzą autorów piosenki ale i wiedzą tysięcy słuchaczy, by wiedzieli co należy. Interpretowanie "knowledge management" jako "zarządzanie wiedzą" prowadzi wprost do takiej wiedzy, która jest jedynie dopuszczalna. Poprzez założenie o możliwości gromadzenia wiedzy eliminuje się rozumienie wiedzy jako zdolności do znania się na czymś. Zdolnością bowiem nie da się zarządzać poprzez gromadzenie i przetwarzanie.

Znacznie wnikliwsze podejście do wiedzy jest w języku angielskim, gdzie "knowledge is the fact or condition of knowing something with a considerable degree of familiarity gained through experience or contact or association with the individual or thing so known".4) Z tym wiąże się przyjęcie, że "Knowledge Management is about systematically making use of the knowledge in an organization, and applying it to your business problem; tapping into what your company knows to help you deliver your business results." 5)

Ani "fakt" ani "warunek wiedzenia" to jeszcze nie "wiadomość", a mimo to już jest "wiedza". Nie ma przy tym nic o operacjach na wiedzy a jedynie o porządkowaniu jej użycia w zastosowaniu do problemów rozwiązywanych w przedsiębiorstwie.

_________________________________________________________

1) "Ogół wiadomości, umiejętności w jakiejś dziedzinie zdobytych dzięki uczeniu się.", Słownik języka polskiego, PWN, Warszawa 1981
  "Ogół wiadomości, umiejętności w jakiejś dziedzinie zdobytych dzięki uczeniu się, doświadczeniu życiowemu, itp.", Słownik współczesnego języka polskiego, Przegląd Rider's Digest, Warszawa 1998

2) STS - powstały w 1954 r. Studencki Teatr Satyryków, na którego ostatnie przedstawienia zdążyłem w 1971 r.

3) Może z tego zrodził się później pomysł pieniędzy z frędzlami ?

4) Webster's Third New International Dictionary, Konemann, 1961

5) http://www.saic.pl/km/defined.html Knowledge Management Defined

25.06.2004



WSPÓŁCZESNE NIEWOLNICTWO

Miałem przyjemność i zaszczyt uczestniczenia w uroczystości wręczenia dyplomów młodym absolwentom Akademii Medycznej. Dla wszystkich uczestników tej uroczystości był to ukoronowanie wielu lat wyrzeczeń i codziennych wysiłków. Nic więc dziwnego, że władze Uczelni nadają tej chwili charakter wyjątkowo uroczysty. W tym roku zaproszono absolwentów i ich najbliższych, którzy byli zaangażowanymi świadkami tego wieloletniego zdobywania wiedzy, do Filharmonii na koncert Wiesława Ochmana. Albowiem formalności dyplomowe, stając się dodatkiem do tego koncertu, z konieczności muszą być na odpowiednio wysokim poziomie.

Po koncercie, który poruszał emocje młodych lekarzy zabrał głos JE Ksiądz Abp Józef Życiński, który w swoim wykładzie odwołał się z kolei do najgłębszych nurtów duchowych i intelektualnych posłannictwa lekarskiego, mówiąc o godności człowieka zagrożonej dokonaniami nauki. Uroczystość prowadził Dziekan Wydziału Lekarskiego, który także wskazywał na wysokie znaczenie zawodu, który obrali sobie młodzi ludzie.

Potem dyplomy otrzymali absolwenci kończący studia z wyróżnieniem, co dla jako tako obznajomionych z zakresem materiału i sposobami sprawdzania wiedzy wydaje się niemożliwością samą w sobie. W drugiej kolejności – już alfabetycznie – otrzymali dyplomy pozostali absolwenci. Za każdym razem grupa młodych ludzi była zapraszana na scenę, gdzie JM Rektor osobiści wręczał każdemu indywidualnie dyplom.

Podniosłość uroczystości mogły tylko popsuć zgrzyty rzeczywistości, w jakiej żyjemy, a skoro mogły to popsuły. Najpierw Dziekan przyłączył się do protestu środowiska lekarskiego przeciwko polityce zatrudnieniowej państwa, które szkoli sobie pracowników do państwowej służby zdrowia. Potem JM Rektor nazwał uroczystość rozdawaniem dyplomów, tak jakby nie zapracowano na nie sześcioma latami wyrzeczeń, lecz były one dawane wg uznania rozdającego. Wreszcie Przewodniczący korporacji zawodowej lekarzy określił jako niegodziwe warunki pracy, na jakie zdecydowali się młodzi lekarze. Czas pracy lekarza przekracza bowiem dwukrotnie zagwarantowany w konstytucji czas pracy dowolnego innego rodzaju pracownika, a płaca jest wielokrotnie niższa niż w innych krajach Unii Europejskiej. Pocieszył jednak absolwentów, że w Wielkiej Brytanii będzie brakować kilkadziesiąt tysięcy lekarzy. W tym świetle wysiłek finansowy naszego państwa w sferze edukacji określono jako bezzwrotne wsparcie pozostałych krajów Unii Europejskiej a także USA.

Po tym wszystkim nastąpiło ślubowanie młodych lekarzy, które ma gwarantować pacjentowi właściwe traktowanie w zdrowiu i w chorobie. Padły w nim m.in. znamienne słowa, powtórzone głośno przez wszystkich: „… ślubuję przestrzegać prawnie nałożone obowiązki …”.

W tych słowach zawiera się kwintesencja całej sytuacji. Jest to bowiem przysięga współczesnego niewolnika, wobec której nie może dziwić ani różny od innych czas pracy, ani niska płaca, ani to, że lekarz nie pracuje tylko jest lekarzem zawsze i wszędzie i o każdej porze.

Obowiązek jest bowiem czymś co człowiek może przyjąć dobrowolnie. Jeśli człowieka się o coś prosi a on na to się zgadza to może się zobowiązać do spełnienia prośby. Druga sytuacja może wystąpić, gdy człowiek widząc kogoś w potrzebie może się zobowiązać do zaspokojenia tej potrzeby. Są to jedyne możliwe relacje w jakich może wystąpić obowiązek. Jest to bowiem wymóg wewnętrzny, na straży którego stoi sumienie człowieka. Nikt inny nie może na człowieka nałożyć obowiązku poza nim samym.

Oczywiście człowiek może sam zrzec się tej swojej władzy ślubując przyjmować zewnętrzne nakazy jako swoje obowiązki. Może nawet ślubować, że wszystko ustalone w prawie stanie się automatycznie jego obowiązkiem. Wówczas nawet nie musi być informowany o każdej zmianie prawa, by stawać się wykonawcą coraz to nowych obowiązków.

Jest to poniekąd wygodne, bo zwalnia sumienie z nadzorowania działań człowieka. Z okazji kolejnej rocznicy 13 grudnia można było poznać z relacji przywódców Solidarności efekty pracy ludzi, którym nałożono obowiązek obrony socjalizmu jak niepodległości. Deptanie po swoim współobywatelu rozciągniętym na kawałku mydła by wytrącić mu dysk z kręgosłupa1), to była normalka. Dziś na zasłużonej emeryturze mogą wspominać tamte czasy jako spełnianie „nałożonych prawem obowiązków”.

Jednak na uroczystości „rozdania” dyplomów wymuszone na młodych lekarzach dobrowolne zrzeczenie się w ślubowaniu władzy sumienia tworzy rysę na patetycznych słowach o powołaniu lekarza, o godności moralnej czy o zaufaniu człowieka. Adresatem tych słów jest bowiem prawo, na rzecz którego młodzi lekarze zrzekli się swej władzy dobrowolnego przyjmowania obowiązków. A jakie to prawo jest to opowiedziały Władze Akademii i Władze Korporacji. Tylko, że był to lament nad rozlanym mlekiem, gdyż wszyscy zainteresowani złożyli – w różnym czasie – wspomniane wyżej ślubowanie

_________________________________________________________

1) Ze wspomnień Władysława Frasyniuka

19.12.2006

adresaci

bez potwierdzenia odbioru i bez odzewu



<<< Strona główna